Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zużycia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zużycia. Pokaż wszystkie posty
Denko marzec 2020.

kwietnia 17, 2020

Denko marzec 2020.


Sporo czasu minęło od ostatniego posta. Mam nadzieję, że dzielnie się trzymacie w obecnych czasach. Ja niestety nie pracuję, a chciałabym już bardzo. Myślałam, że może dziś dowiem się kiedy dane będzie mi wrócić do moich obowiązków, ale niestety jedyne w czym mnie uświadomiono to fakt, że moje miejsce pracy zostanie otwarte znajduję się w etapie trzecim „powrotu do normalności”. Nie jestem tu jednak, by pisać o polityce, bo tu wszyscy się zgodzą, że jej mamy po dziurki w nosie. Myślę, że mam jej bardziej dość niż siedzenia w domu, a uwierzcie mi nie przebywałam tyle w swoim mieszkanku chyba od podstawówki, kiedy to dość ciężko przeszłam ospę wietrzną. 
Przejdźmy do denka, którego wieki nie było na blogu, a produkty jednak stale są przeze mnie zużywane. Podzielone jest na dwie części, bo w ferworze początkowego sprzątania mieszkania cyknęłam zdjęcie i w połowie miesiąca bezmyślnie wyrzuciłam wszystkie opakowania, więc niestety zdjęcia zbiorczego nie będzie.
Denko koniec roku 2017.

maja 01, 2018

Denko koniec roku 2017.



Rok 2017 daleko już za nami, a zaczęłam pisać dla Was tego posta, jak chylił się ku końcowi. Ostatnio nawet nie wiem co to czas wolny, a moje zajęcia pochłaniają mi tyle energii, że jedyne, o czym marzę to mięciutkie łóżeczko, w którym można zaleźć ukojenie po ciężkiej pracy. Majówka na szczęście nieco luźniejsza niż zwykle i całe dwa dni wolnego. Muszę nadgonić blogowe zaległości, nieco uprzątnąć moją norkę i ogarnąć dwa króliczki. Moje stadko nieco się powiększyło, ale i tym opowiem Wam innym razem.

Przejdźmy do meritum, czyli jakie produkty kosmetyczne udało mi się wykończyć pod koniec zeszłego roku. Jak widzicie na zdjęciu, trochę się tego nazbierało, a sama nie wiem jakim cudem, bo czasu na zużywanie mazideł też nie było zbyt wiele.


Zacznijmy od żeli pod prysznic, idąc od lewej strony:

Żel pod prysznic i szampon dla dzieci 2w1 Trolls Poppy.
Jako żel sprawdza się bardzo dobrze. Ma gęstą, mocno pieniącą się konsystencję i obłędnie, trukawkowo pachnie. Wydajność oceniam jako bardzo dobrą, bo starczył mi na około miesiąc codziennego używania. Przy mojej delikatnej skórze głowy nie odważyłam się zastosować go jako szamponu. Poza tym produkty do pielęgnacji włosów dzieci nie są przeznaczone dla osób dorosłych, bo wysuszają skórę głowy. Zawsze po stosowaniu tego typu produktów mam później problem, by moje włosy powróciły do dobrej kondycji.

Żel pod prysznic marki Elkos o zapachu Mango i Ananasa.
Uwielbiam warianty zapachowe tej marki. Opakowania sprawiają, że nie mogę obojętnie przewinąć strony i zawsze przy zamawianiu niemieckich produktów parę tych żeli trafia mi do koszyka. Zwykle zamawiam na mojedrogeria.eu z masą płynów do płukania. Nie jest bardzo gęsty, a jego wydajność to około 2 tygodnia, ale za 4 zł to i tak nie najgorszy wynik. Bardzo ładnie pachnie, ale zapach nie utrzymuje się na długo. Zawsze przy jego stosowaniu towarzyszy mi aromatyczny balsam do ciała, bo uwielbiam wychodzić z łazienki po prysznicu pachnąca. Oceniam jako dobry, ale bez szczególnego zachwytu.

Żel pod prysznic i szampon dla dzieci 2w1 edycja limitowana z potworami z Ulicy Sezamkowej.
Tak jak w przypadku żelu i szamponu dla dzieci Trolls używałam go jedynie jako produktu do mycia ciała, a nie włosów. Ładnie truskawkowo pachnie. Dobrze się pieni i jego wydajność jest jak innych żeli pod prysznic tej marki, czyli około 2 tygodnie. Zapach dłużej utrzymuje się na skórze niż wersji standardowych, ale dla mnie wciąż jest zbyt mało intensywny i za szybko się ulatnia.

Żel pod prysznic marki Balea w wersji arbuzowej.
Doskonale wiecie, że jestem fanką tej niemieckiej marki kosmetyków. Zapach tego żelu pod prysznic pobił wszystkie dostępne tu opcje. Jest bardzo orzeźwiający, a w duecie z melonowym peelingiem do ciała tej marki pozostawiał bardzo przyjemny zapach na skórze. Wydajność to około 2 tygodnie. Polecam do stosowania przy porannych prysznicach, bo zapach szybko potrafi obudzić.



Kolejna partia kosmetyków, która umili nam pobyt pod prysznicem. tym razem nieco bardziej naturalniej i zdecydowanie hypoalergicznie:

Hypoalergiczny żel pod prysznic marki Joanna z prowitaminą B5.
Żel w pełni spełnił moje oczekiwania. Jest bardzo delikatny, prawie bezzapachowy oraz wydajny, bo starczył na około miesiąc używania. Dobrze się pieni i sprawia, że nasza skóra jest na prawdę delikatna. Polecam osobom z problemami skórnymi.

Ekologiczny peeling do ciała drobnoziarnisty z olejkiem arganowym od Laboratorium Joanna.
Peeling do ciała, który zdecydowanie polecam. Uwielbiam maluchy od Joanny, które bardzo ładnie pachną i dobrze zdzierają martwy naskórek. Te w wersji BIO czy też EKO stanęły na wysokości zadania i jestem zadowolona zarówno z wersji drobno jak i gruboziarnistych. Ten wariant przyjemnie, ale nienachalnie pachnie. Zdecydowanie polecam stosowanie na noc, bo koi zmysły i przygotowuje nas do odżywczego snu. Po stosowaniu skóra jest bardzo delikatna w dotyku.

Hypoalergiczny szampon marki Joanna z prowitaminą B5.
Niestety w temacie szamponów muszę zdecydowanie uważać, bo wiele marek mnie uczula. Tutaj mogę powiedzieć szczerze, że z pewnością produkt ten może być używany przez alergików oraz osoby z problematyczną skórą głowy. Nie powodował on u mnie swędzenia, pieczenia, łupieżu oraz innych przykrych dolegliwości, które mam przy używaniu np. szamponów marki Garnier czy też Head&Shoulders. Jedynym moim zastrzeżeniem jest fakt, że w duecie do niego konieczna jest dobra odżywka oraz maska do włosów, bo nieco wysusza końce włosów.


Dalej pozostajemy w dziedzinie higieny osobistej:

Mydło do rąk w płynie biedronkowej marki Linda w wariancie oliwkowym.
Muszę przyznać, że polubiłam mydła do rąk marki Linda z Biedronki i chętnie po nie sięgam. Zdecydowanie wolę edycje limitowane, które mają ładne opakowania, ale stwierdziłam, że sięgnę po tę standardową wersję. Kremowe i ładnie pachnące, wydajne, a przede wszystkim tanie. Dobrze myje i ładnie się pieni. Nie wiem, czego jeszcze można wymagać.

Monoi de Tahiti Szampon-żel pod prysznic od Yves Rocher.
Uwielbiam produkty kosmetyczne, które dają nam namiastkę lata w środku zimy. Ten produkt zużywałam w grudniu i jak wszystkie żele marki Yves Rocher obłędnie pachniał, a zapach na długo utrzymywał się na skórze. Polecam używać w duecie z mgiełką do ciała z tej samej serii. Teraz jako nowość marka oferuje na swojej stronie wersję marakuja. Koniecznie muszę spróbować.

Ziaja Intima kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem laktobionowym regenerująco-łagodzący.
Mój zdecydowany must-have, jeżeli chodzi o higienę okolic intymnych. Jestem w trakcie zużywania drugiego opakowania tego żelu. Jego zaletą jest praktyczne opakowanie z pompką, dobra wydajność, a przede wszystkim fakt, że jest idealnie dopasowany do wrażliwej skóry. Jego stosowanie nie powoduje podrażnień.



Kilka produktów do pielęgnacji twarzy:

Ziaja naturalne, oliwkowe mleczko do demakijażu oczu i oczyszczania twarzy.
Bardzo dobre mleczko do demakijażu, które poradzi sobie z wodoodpornymi tuszami, podkładem oraz nawet bardzo trwałym eyelinerem. Łatwo usuwa makijaż i nie powoduje podrażnień. Nie polecam dla osób z wrażliwymi oczami, bo jednak nadmiar produktu, jeśli dostanie się do oczu, to lubi powodować dyskomfort. Produkt bardzo wydajny, bo towarzyszył mi ponad miesiąc.

Maseczka typu Sleeping od marki A'pieu w wersji z wyciągiem z drzewa herbacianego.
Kosmetyki koreańskie zyskały ostatnimi czasy bardzo dużą sławę i to moim zdaniem nie bez powodu. Sama chętnie po nie sięgam. Ten produkt ma konsystencję przeźroczystego żelu, który po aplikację na twarz daję efekt kojący. Pomagał mi w walce z problemami skórnymi. Wyciąg z drzewa herbacianego ma właściwości bakteriobójcze i usprawnia proces regeneracyjny naskórka. Zdecydowanie zauważyłam poprawę kondycji skóry twarzy, lepszą jej elastyczność oraz mniejszą skłonność do wyprysków. Cena też nie była wygórowana, bo zapłaciłam za tą maseczkę około 4 $, czyli jakieś niecałe 20 zł już z wliczoną przesyłką.

Olejek z wyciągiem z drzewa herbacianego od Skinfood.
Kolejny produkt, który wspomagał moją twarz w walce z niechcianymi czerwonymi punkcikami. Bardzo polubiłam ten produkt i stosowany punktowo zdecydowanie zmniejszał zaczerwienienia i pomagał w procesie gojenia. Polecam dla osób ze skórą trądzikową.


Maseczki, maski i paski na nos:

Estemedis, regenerująca maska do dłoni.
Kolejny Biedronkowy produkt w tym zestawieniu. Uwielbiam stosowanie silnie regenerujących specyfików do dłoni, które pozwalają w krótkim czasie przywrócić miękkość naszym rączkom. Produkt ten jak najbardziej spełnił moje oczekiwania, bo po niespełna godzinie w masce, a następnie wtarciu produkty w dłonie i kilkugodzinnym śnie moje łapki były jak nowo narodzone. Zdecydowanie polecam.

Maska do stóp marki It's Sikin z limitowanej edycji z postaciami z Ulicy Sezamkowej.
Maska do stóp z podobizną Elmo. Tak jak w przypadku maseczki do dłoni, o której już pisałam, skarpetki mają na sobie ikonki z serduszkami i podobiznami postaci z Ulicy Sezamkowej. Ładny design i przepiękny morelowy zapach sprawiły, że polubiłam ten produkt. Skóra na naszych stopach po zastosowaniu jest widocznie odżywiona i zregenerowana. Polecam szczególnie po wykonaniu peelingu, żeby produkt lepiej się wchłonął.

Maska w płachcie (sheet mask) z Olafem z edycji limitowanej marki the Saem w wersji Grejpfrutowej.
Miałam do czynienia z tym wariantem zapachowym przy użyciu maseczki w płachcie marki Tony Moly z Pokemonowej edycji. Zapach był identyczny, czyli mocno cytrusowy i orzeźwiający. Po zastosowaniu nasza skóra jest widocznie bardziej napięta, ale co do odżywienia miałabym zastrzeżenia. Fajna maseczka, jeśli chodzi o chwilę relaksu i ładnego zapachu, ale zdecydowanie nie nadaje się dla osób wymagających regeneracji cery.

Paski na nos 3 kroki od marki The Face Shop z edycji limitowanej The Simpsons.
Lubię paski na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z powierzchni naszego nosa. Warianty w trzech krokach są moim zdaniem najlepsze. Pierwszy etap polega na otwarciu porów, drugi na wyciągnięciu zanieczyszczeń, a trzeci na łagodzeniu podrażnień i zamknięciu otworów. Jednak ten wariant niespecjalnie się spisał. Bardziej polecam paski w trzech krokach z marki Elizavecca.

Tako Pore One Shot Nose Pack plastry na nos od Tony Moly.
Tutaj przyznaję, że przepadłam, gdy zobaczyłam opakowanie i musiałam je mieć. Zdecydowaną ich przewagą jest innowacyjność połączenia plastrów na nos oraz dole okolice czoła. Bardzo ładnie wyciągają wszystkie zanieczyszczenia. Stosowane w zestawie z bąblową maseczką i stickiem do zaskórników przynoszą naprawdę widoczne rezultaty. Polecam.

Produkty, o których już pisałam w poprzednich denkach:

Plastry oczyszczające nos z lawą wulkaniczną z limitowanej serii The Simpsons firmy The face shop.
Ostatni z zestawu plastrów na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z nosa i oczyszczanie. Bez wcześniejszego rozluźnienia porów nie ma sensu się za to brać, bo efekt jest naprawdę mizerny. Jednak, gdy przyłożymy do naszego nosa szmatkę z letnią wodą i potrzymamy chwilę, a następnie zastosujemy plaster zgodnie z zaleceniami producenta, to efekty są zauważalne. Może nie bardzo spektakularne, ale zauważalne gołym okiem. Oceniam na plus, lecz chyba bardziej jestem zwolenniczką zestawów w trzech krokach. Widzę wtedy większą różnicę.

Maseczka w płachcie Missha drzewo herbaciane (Missha Pure Source Cell Sheet Mask Tea Tree).
Skusiły mnie również maseczki marki Missha w promocyjnej cenie. Zestaw pięciu kosztował mnie koło 4,20 $. Wybrałam opcję z drzewem herbacianym. Ostatnio coraz częściej sięgam po kosmetyki, których głównym składnikiem jest wyciąg z tej rośliny. Zauważam, że ma on pozytywne oddziaływanie na moją skórę. Maseczki jednak są przeciętne. Dość cienki materiał nieco utrudnia nałożenie na twarz i lubi w niektórych miejscach najzwyczajniej odstawać. Jednak jeśli chodzi o działanie, to nieco wycisza stany zapalne powstałe na skórze. Więc gdyby tylko wykonanie było nieco solidniejsze, to byłyby to jedne z moich ideałów.


Na koniec produkty z różnych bajek:

Hydrolat z róży damasceńskiej od Mydlarni Cztery Szpaki.
Pierwszy produkt tej marki, który przykuł moją uwagę. Kupiłam go w krakowskim pigmencie i nie żałuję ani grosza wydanego na ten hydrolat. Pierwszy raz miałam styczność z tak uniwersalnym naturalnym kosmetykiem, który pięknie przy tym pachniał. Stosowałam go jako mgiełkę do ciała, włosów i twarzy. Bardzo ładnie odświeża skórę i ją oczyszcza. Minusem jest krótka data ważności, ale przy codziennym stosowaniu spokojnie jesteśmy w stanie zużyć całość produktu. Chętnie sięgnę po inne warianty lub wrócę do tego.

Woda toaletowa It's Wild Playboy.
Nie lubię zapachów od marki Playboy, bo zwykle są zbyt słodkie i intensywne do tego stopnia, że potrafi mnie od nich rozboleć głowa. Jedyny wariant, jaki do tej pory mi odpowiada to panterkowa wersja It's Wild. Zapach nie jest przesłodzony, choć ma w sobie karmelowe nuty. Nie dajcie się zmylić, bo w przypadku żelu pod prysznic jest ona zdecydowanie intensywniejsza. Zapach utrzymuję się kilka godzin.

Cushion z wersji limitowanej "Gdzie jest Nemo" od marki The Saem.
Marka The Saem to jedna z tańszych marek, jeśli chodzi o koreańskie kosmetyki kolorowe. Limitowaną edycją z filmu „Gdzie jest Nemo” trafili moim zdaniem w dziesiątkę. Jestem zadowolona z wszystkich produktów, które kupiłam. Mój pierwszy w całości zużyty cushion. Bardzo dobrze kryjący, z filtrem przeciwsłonecznym, nawilżający skórę. Nie sądziłam, że stosowanie jakiegokolwiek kosmetyku kolorowego może być tak łatwe i nie obciążać naszej skóry. Przy pomocy gąbeczki z zestawu nanosimy produkt i niepotrzebny jest nam beautyblender, by uzyskać pożądany efekt. Rewelacja. Do osób, które nigdy nie używały tego typu produktu, mogę powiedzieć tylko jedno, że musicie to, czym prędzej zmienić. Zastosujecie raz i już nigdy nie sięgniecie po zwykły, drogeryjny podkład.

To już koniec denka z końca 2017 roku. Szykujcie się na kolejne już niebawem. Będzie ono obejmować pierwszy kwartał 2018. Mam nadzieję, że nieco pomogłam Wam w drogeryjnych dylematach. Jeśli stosowałyście którykolwiek z produktów z powyższego denka będzie mi bardzo miło, jeżeli wypowiecie się na jego temat w komentarzu. Który kosmetyk szczególnie przykuł Waszą uwagę?
Denko lipiec 2017.

września 17, 2017

Denko lipiec 2017.



Denko z lipca uważam za wyjątkowo udane. Sporo kosmetyków zostało zużytych. Może proporcje między nabytkami a wyzerowanymi opakowaniami nadal nie zostały zachowane, jednak cieszę się, że jest ich aż tyle. 13 pełnowymiarowych opakować, 5 maseczek oraz 4 próbki - oto bilans zużyć lipca. Z tymi ostatnimi walczę zaciekle, a mimo to ich kolekcja powiększa się w niesamowitym tempie.



Zacznijmy od produktów do włosów, które zużyłam w lipcu:

Biolaven, Szampon do włosów.
Pokuszę się o stwierdzenie, że był to najlepszy szampon, jaki używałam w moim życiu. Idealnie nadaje się do wrażliwej skóry głowy. Dobrze myje i odświeża włosy. Niestety mam problem z przetłuszczaniem i skłonnością do łupieżu. Przy używaniu tego szamponu żaden z tych symptomów się nie pojawił, a wręcz przeciwnie zostały one zniwelowany do zera. Produkt ma bardzo przyjemny, lekko lawendowy zapach. Nie od dziś wiadomo, że tego typu wonie pomagają w zrelaksowaniu się oraz spokojnym śnie. Myjąc głowę przed spaniem, zawsze nie mogłam "nawąchać" się tego zapachu. Z pewnością kupię następne opakowanie, gdy tylko nieco uszczuplę swoje zapasy szamponów. 

Aussie, Miracle Recharge, Frizz Remedy Light Weight Conditioning Spray (Odżywka w sprayu do włosów potrzebujących wygładzenia).
Mgiełka przeżyła ze mną niejedno. Szczerze przyznam, że nawet nie pamiętam, od kiedy jej używam. Rzadko po nią sięgałam, ale zupełnie nie potrafię określić dlaczego. Dość przyjemnie pachnie, ułatwia rozczesywanie włosów, ale nie widzę żadnej znaczącej poprawy kondycji włosów. Temat zakończony i nie kupię ponownie, bo może dla normalnych włosów sprawdzi się ona doskonale, ale jednak na moje rozjaśniane końce nie jest ona wystarczająco dobrym produktem. 

Organic Shop, Maska do włosów Awokado i miód (Avocado & Honey, Hair Mask).
Uwielbiam połączenie awokado i miodu. Sądzę, że są to dwa składniki, które moje włosy wręcz pochłaniają. Nie inaczej było z tym produktem. Świetnie odżywiał moje włosy. Pozostawiał delikatny, przyjemny zapach, który jednak szybko się ulatniał. Jeśli macie mocniej pachnący szampon to aromat tego produktu zostanie zupełnie stłamszony. Kondycja moich włosów znacząco się poprawiła. Zdecydowanie kupię ponownie. Może skuszę się na test pozostałych wersji.



Linda, mydło do rąk jabłko i mięta.
Swego czasu uwielbiałam napój Tymbark o smaku jabłka i mięty. Dlatego chętnie sięgnęłam w Biedronce po mydło do rąk o tym zapachu. Jak zwykle nie zawiodłam się na tej marce. Mydło jest wydajne, dobrze myje, pozostawia świeży, ładny zapach na dłoniach oraz nie wysusza skóry. Niczego więcej nie wymagam od tego typu kosmetyku.

BALEA, Krem- pianka do rąk o zapachu tropikalnym.
Nie do końca byłam przekonana do pianek do rąk. Jednak od pewnego czasu uważam, że są lepsze niż tradycyjne mydła. Po pierwsze lepiej domywają ręce, a ich przewaga nad konkurentami polega głównie na większej wydajności. Zwykle mydło o takiej pojemności u mnie w mieszkaniu zużywane jest w ciągu dwóch tygodni. Ten produkt przetrwał trzy tygodnie, więc widzę różnicę. Ładny zapach owoców tropikalnych dość długo utrzymywał się na dłoniach. Produkt nie wysuszał skóry, a jego cudowny design cudownie prezentował się w łazience. Jak najbardziej kupię ponownie.

Krem do rąk z Pokomenowej edycji od Tony Moly - wersja z uroczym liskiem Eevee.
Krem do rąk szybko się wchłania i dobrze nawilża nasze dłonie. Kremy z tej kolekcji to nie jedynie ładnie wyglądające opakowania, ale także dobrej jakości kosmetyki pielęgnacyjne. Ta wersja ma zapach, według producenta, zasypki dziecięcej ja bardziej porównałabym ten aromat do nieco intensywniejszej woni kremu Nivea. Produkt szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Polecam jak najbardziej. Jedyny problem jest z dostępnością w Polsce, ale widziałam już go nawet w polskich sklepach internetowych z azjatyckimi kosmetykami.


Nerium AD Age Defying krem ​​na noc.
Krem jest prezentem od kochanej cioci zza oceanu. 
Pomału zaczynam zauważać u siebie lekkie zmarszczki i choć zdaję sobie sprawę, że jest to raczej nieuniknione to lepiej wcześniej pomóc cerze jeszcze dłużej zachować blask. Jednak nie z tego powodu zaintrygował mnie krem Nerium. Ma on naturalny skład i pomaga według wielu z bliznami potrądzikowymi. Zużyłam całe opakowanie i dość sumiennie go stosowałam. Produkt szybko się wchłania, lecz jego nieprzyjemny zapach utrzymuje się na skórze. Jego aromat przypomina mi wodorosty, glony, ewentualnie bardzo mokry mech w połączeniu z morskim powietrzem. Z pewnością nie jest zachęcający. Przyznam szczerze, że choć jest to dobry produkt, bo nieco niweluje przebarwienia i poprawia elastyczność skóry, to jednak nie jest on wart swojej ceny. Buteleczka, która starczyła mi na jakieś 2 miesiące, kosztuje ok. 80 euro w sklepach, które wysyłają do Polski. 

Yves Rocher Relaksujące mleczko do ciała lawenda & jeżyna.
Zdecydowanie mogę powiedzieć, że jestem fanką lawendowych zapachów przed snem. Pozwala mi ona się uspokoić i nastroić do regenerującego odpoczynku. Trudno jednak znaleźć kosmetyki, które nie zawierają dodatkowo chemicznych nut zapachowych i psują całą magię. W tym balsamie do ciała jednak producent osiągnął piękną kompozycję poprzez dodanie lawendy. Aromatem jestem zachwycona, a jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że utrzymuje się on spokojnie do czterech godzin na skórze. Mleczko szybko się wchłania, odpowiednio nawilża skórę i cudownie pachnie. Jednak dla osób, które mają bardzo suchą skórę, ten produkt nie będzie odpowiedni. Jeśli posiadasz normalną skórę i chcesz odpowiednio o nią zadbać, śmiało możesz sięgać po kosmetyki tej marki.


Joanna, Peeling myjący gruboziarnisty o zapachu mandarynki.
Pamiętam, że markę Joanna poznałam, kupując malutkie buteleczki z kolorowymi peelingami. Bardzo ucieszył mnie fakt, że będą nowe, naturalne kosmetyki tego typu. Niewielka buteleczka kryje w sobie dobry produkt, który żadnej z Was nie zawiedzie. Ja stosowałam go po żelu pod prysznic, trzy razy w tygodniu. Nabierałam niedużo produktu i rozmasowywałam na poszczególnych partiach ciała. Drobinki nie są bardzo ostre, ale skutecznie usuwają martwy naskórek. Zapach jest typowo cytrusowy. Polecam i na pewno sięgnę po kolejne.

Playboy, Play It Wild Żel pod prysznic.
Żel pod prysznic kupiony był w zestawie z perfumami o tym zapachu. Mogłoby się wydawać, że skoro perfumy uwielbiam, to tak samo będzie z żelem. Nic bardziej mylnego. Zapachy zupełnie się różnią. Perfuma ma słodkie nuty, ale ilość słodyczy w żelu przekroczyła normę. Uwielbiam karmel, ale po kilku prysznicach moja miłość nieco straciła na intensywności. Dokończyłam, ale sama nie wiem, jak tego dokonałam. Nigdy więcej nie sięgnę po ten żel.

Yves Rocher, Żel pod prysznic Grejpfrut z Florydy.
Ten produkt i żel pod prysznic opisany powyżej to niebo i ziemia. Zapach intensywnie grejpfrutowy, który idealnie nadawał się na poranne, szybkie prysznice. Rześki, pobudzający, idealny na lato. Dawał dawkę energii na cały dzień. Jedyny mankament to jego wydajność, którą niestety muszę ocenić jako marną. W przyszłe lato postaram się znaleźć jego godnego następcę, który pozostanie w mojej łazience nieco dłużej.


Essence, Multi Action Blackest Black Mascara) (Ultra czarny tusz do rzęs).
Kolejna maskara, która skończyła swój żywot. Markę essence lubię za przystępne ceny i dobrą jakość. Na początku przygody z tym tuszem byłam bardzo zadowolona, jednak po pewnym czasie nieustannie się kruszył i sklejał rzęsy. Nie zachwycił mnie niczym. Już zdecydowanie bardziej polecam wersje Princess. Tego typu tuszu z pewnością już nie kupię.

Under Twenty, Anti! Acne, Matujący krem BB o działaniu antybakteryjnym SPF 10.
Latem nie sięgam po podkład. Jedyne co mnie zadowala to lekkie kremy BB. Ten produkt zdecydowanie się sprawdził. Jest bardzo wydajny, średnio kryje, nie tworzy efektu maski, a co najważniejsze przy spotkaniu naszej twarzy ze słońcem lekko chroni przed promieniami słonecznymi. Polecam mimo wszystko sięgać po kremy z filtrem SPF50 i stosować je jako bazę. Na lato, na co dzień - produkt idealny.


Dermal, Mask Sheet z zieloną herbatą.
Jedna z maseczek, którą dostałam w gratisie do zamówienia w sklepie koreadepart. Bardzo przyjemny zapach, który od razu sugeruje, że głównym składnikiem jest zielona herbata. Płachta dobrze przylega do twarzy i jest dość cienka. Esencja pozostała w opakowaniu pozwoliła mi na dwudniowe posmarowanie sobie skóry na dekolcie. Skóra po zastosowaniu jest rozświetlona i dość napięta. Byłam zadowolona z rezultatów.

Mamonde, Floral Hydro Aqua Gel Mask Narcissus Water Holding System.
Pierwsza tego typu maseczka, jaką używałam. Po otwarciu opakowania wyjmujemy żelowy płat o stałej konsystencji rozmieszczony na siatce. Nakładając go na twarz mamy efekt chłodzenia. Przyjemny, lekki, kwiatowy zapach. Idealnie sprawdzi się przy zmęczonej skórze, w szczególności pomoże na cienie pod oczy. Mało esencji w środku. Po zabiegu zdecydowanie widoczny efekt promiennej cery.

Heynature, Rozjaśniająca maseczka w płachcie.
Kolejny gratis, który otrzymałam przy okazji zamówienia na koreadepart. Maseczka ma za zadanie rozjaśnić naszą cerę. Materiał, z którego ją wykonano, jest delikatny i cienki. Dość ciężko nakłada się ją na twarz. Jednak efekt po zdjęciu jest bardzo zadowalający, bo nasza cera jest naprawdę rozjaśniona.

Missha, Pure Source Cell Sheet Mask Drzewo Herbciane.
Promocje na ebayu śledzę niemalże codziennie i tak oto w ręce mi wpadł zestaw pięciu maseczek w płachcie od misshy z drzewem herbacianym. W codziennej pielęgnacji stosuję olejek z tego drzewa i skutecznie koi on moje zmiany zapalne. Zadowolona z efektów, jakie przynosi ten składnik, zdecydowałam się na ten rodzaj maseczek w płachcie. Wykonane z cienkiego materiału, który łatwo dopasować do twarzy. Mają charakterystyczny, lekko ostry, ziołowy zapach dla drzewa herbacianego. Po zastosowaniu nasze stany zapale lekko się uspokajają, ale nie zauważyłam cudownych rezultatów. Spodziewałam się czegoś lepszego.

Purederm, Ogórkowa maseczka typu Peel Off.
Na koniec maseczkowych wywodów pozostawiam zupełne rozczarowanie. W poprzednim denku pisałam o maseczce węglowej tej marki i byłam z niej zadowolona. Drugim razem przy okazji zakupów w biedronce niestety już nie znalazłam jej, ale za co w ręce mi wpadła ogórkowa wersja. Myślałam, że tak jak w przypadku poprzedniej będzie to czysta przyjemność. Po nałożeniu dość grubej warstwy na twarz, odczekałam zalecany czas i przystąpiłam do zrywania. Maseczka się rolowała, nie chciała w ogóle zastygnąć. Żelowa breja, jaka powstała na mojej twarzy była nie do zdarcia. Trudno się ją po przegranej walce również zmywało. Nie polecam.


Plastry oczyszczające nos z lawą wulkaniczną z limitowanej serii The Simpsons firmy The face shop. (kopia z poprzedniego denka)
Zużyłam dwie sztuki plastrów na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z nosa i oczyszczanie. Bez wcześniejszego rozluźnienia porów nie ma sensu się za to brać, bo efekt jest naprawdę mizerny. Jednak, gdy przyłożymy do naszego nosa szmatkę z letnią wodą i potrzymamy chwilę, a następnie zastosujemy plaster zgodnie z zaleceniami producenta, to efekty są zauważalne. Może nie bardzo spektakularne, ale zauważalne gołym okiem. Oceniam na plus, lecz chyba bardziej jestem zwolenniczką zestawów w trzech krokach. Widzę wtedy większą różnicę.

Próbki:
Tony Moly Goat Moisture Cream,
Zestaw Etude House Pink Vital Water.

Używałyście któregoś z tych produktów? Jakie wrażenia? Co chętnie byście przetestowały?
Denko czerwiec 2017.

sierpnia 26, 2017

Denko czerwiec 2017.


Niedawno o nowościach lipca, mamy sierpień, a ja dalej z zaległym denkiem czerwcowym. Zaczyna mi doskwierać chroniczny brak czasu na cokolwiek i martwi mnie ten fakt. Wiem jednak, że lato to najintensywniejszy okres w mojej pracy i już zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Dobra, przestaję marudzić i przedstawiam Wam moje zużycia z czerwca. Jak widzicie na zdjęciu powyżej, jest ich dość trochę i jestem z tego dumna. Wykończyłam dziesięć pełnowymiarowych opakowań, taką samą liczbę maseczek i 7 próbek i plastrów na nos. Nawet nie wiem, kiedy to się stało.


Niekonwencjonalnie zacznijmy od maseczek i próbek, a potem przejdziemy do pełnowymiarowych produktów. Na zdjęciu powyżej mamy:

Arbuzowa maseczka marki Flor de man (Essential Watermelon Juice!)
Maseczka w płachcie idealnie przylega do twarzy. Ma przyjemny, świeży, arbuzowy zapach. Jest to pierwsza maseczka tego typu, która była aż tak intensywnie nasączona esencją, która ma bardzo lekką konsystencję. Spokojnie przez dwa dni możemy używać jej jako serum do twarzy. Widocznie nawilża skórę i po aplikacji nasza twarz jest zdecydowanie odświeżona oraz przyjemna w dotyku.

Maseczka na dłonie w formie rękawic marki It's skin z limitowanej edycji Sesame Street.
Nie tylko opakowanie ma ładne, lecz również całe rękawiczki są pokryte serduszkami z oczami bohaterów tego serialu. Zewnętrzna ich strona jest pokryta czymś na wzór ceraty, a w środku znajduje się kompres, który nasączony jest esencją. Przy aplikacji sporym ułatwieniem jest fakt, że rękawiczki domykamy plastrami, które umożliwiają w miarę szczelne zamknięcie dłoni, a przez to efektywniejsze wchłanianie się specyfiku. Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem i oceniam je jak najbardziej na plus. Sam produkt bardzo ładnie pachnie morelami. Po około 30 min nasze dłonie są widocznie zdrowsze, skóra odżywiona i miękka w dotyku. Jak najbardziej polecam i to nie ze względu na jedynie ładny design, ale przede wszystkim z powodu cudownego działania.

Maseczka do stóp The Face Shop Disney CINDERELLA'S Glass Shoes Foot Mask.
W przypadku tej maseczki powierzchnia skarpetek jest gładka, bez żadnych nadruków. Bardzo intensywnie pachną mięta i zdecydowanie regenerują skórę na naszych stopach. Nie są to z pewnością skarpetki złuszczające, a jedynie maska, którą polecam zastosować po zrobieniu tradycyjnego peelingu stóp. Esencja zostanie wtedy lepiej wchłonięta. Wyczułam delikatny efekt chłodzący, więc na nasze ostatnie upały jest to idealny kosmetyk  do naszego małego, domowego SPA.

Węglowa maseczka typu Peel Off od marki Purederm. 
Ten specyfik zakupiłam w Biedronce i przyznam się, że byłam sceptycznie do niego nastawiona po recenzjach azjatyckich, czarnych maseczek  "do zrywania". Jednak nie zawiodłam się. Nie ma tu żadnego cudownego działania typu wyciągnięcie wszystkich zaskórników, a jedynie złuszczenie martwego naskórka i w tej dziedzinie sprawdziła się bardzo dobrze. Na tyle byłam zadowolona z efektu, że kupiłam wersję ogórkową, ale na tej drugiej czekało mnie już rozczarowanie. 

Plastry oczyszczające nos z lawą wulkaniczną z limitowanej serii The Simpsons firmy The face shop. 
Zużyłam trzy sztuki plastrów na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z nosa i oczyszczanie. Bez wcześniejszego rozluźnienia porów nie ma sensu się za to brać, bo efekt jest naprawdę mizerny. Jednak, gdy przyłożymy do naszego nosa szmatkę z letnią wodą i potrzymamy chwilę, a następnie zastosujemy plaster zgodnie z zaleceniami producenta, to efekty są zauważalne. Może nie bardzo spektakularne, ale zauważalne gołym okiem. Oceniam na plus, lecz chyba bardziej jestem zwolenniczką zestawów w trzech krokach. Widzę wtedy większą różnicę.

Marion Fit & Fresh maseczka ogórkowa przeznaczona do skóry tłustej i mieszanej z niedoskonałościami. 
Konsystencja maseczki jest dość tłusta. Nie wyobrażam sobie stosowania na noc, co proponuje producent. Jednak tradycyjne stosowanie, czyli aplikacja na 20 min na twarz i dekolt jest jak najbardziej ok. Po zabiegu cera jest jaśniejsza, widocznie odżywiona oraz nieco nazwałabym to "wyciszona", czyli moje niedoskonałości stały się mniej widoczne. Dodatkowo przepięknie pachnie świeżym, zielonym ogórkiem. Zapach jest kropka w kropkę taki jak przy krojeniu prawdziwego warzywa. Cena jest atrakcyjna (ok. 2 zł), lecz powiem szczerze, że dość długo się za nimi rozglądałam. Polecam z całego serca. Według producenta najlepiej stosować 2-3 razy w tygodniu.

Marion Fit&Fresh wersja z owocem granatu jest przeznaczona do skóry naczynkowej i zmęczonej.
Tę maseczkę testowała moja mama, ponieważ ma dokładnie typ cery opisany na opakowaniu. Tak jak w przypadku poprzedniej dość tłusta konsystencja, która umożliwia nam nałożenie grubej warstwy maseczki. Dobrze się wchłania, lecz po zastosowaniu polecam przemyć twarz letnią wodą, a nie jedynie przetrzeć ją wacikiem. Tak jak w przypadku poprzedniej maseczka ładnie, lekko owocowo pachnie, lecz nie jest to typowy zapach owocu granatu. Po zabiegu skóra jest widocznie napięta oraz odświeżona. Jednak jeśli chodzi o naczynka krwionośne, to nie sądzę, żeby było widoczne jakieś cudowne działanie. Podsumowując, polecam jako domowe SPA, które możecie sobie zafundować niewielkim kosztem.


Tony Moly My Little Pet Eye Patch.
Żelowe płatki pod oczy z uroczą myszką na opakowaniu. Dobrze nawilżają skórę pod oczami. Warto zastosować je po nieprzespanej nocy. Efekt widoczny po zastosowaniu. Skóra wygląda promienniej i bardziej świeżo. 

Maseczka marki Bielenda z serii Carbo Detox. Nawiasem mówiąc, nie wiedziałam, że seria już się tak rozrosła w coraz to nowe produkty pielęgnacyjne. Od teraz możemy dostać olejki pod prysznic, peelingi, a nawet szampony. Jak tylko zobaczę te nowości, nie omieszkam ich zaadoptować, bo maseczka jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Czarną maź dajemy na twarz i trzymamy przez około 10 min, zmywanie jest lekko uciążliwe, ale jak tylko to uczynimy, to nasza cera odpłaci nam za nasz wysiłek. Jestem zachwycona, bo moje zmiany skórne są widocznie wyciszone, cera aż promienieje. Wypróbowałam na razie wersję do cery mieszanej z zieloną glinką, ale już wiem, że koniecznie muszę przetestować jeszcze dwa warianty tych cudeniek. Zapach bardzo przyjemny, działanie zadowalające i niska cena sprawiają, że to produkt, który serdecznie Wam polecam.

Truskawkowa maseczka w płachcie marki Holika Holika.
Maseczka jest zrobiona z bardzo cienkiego materiału, który mocno nasączony jest esencją. Nadmiar produktu spokojnie starcza, by pokryć dodatkowo jednorazowo szyję i dekolt. Ładnie dopasowuje się do twarzy, choć pierwsze wrażenie po otwarciu miałam takie, że przy samym rozkładaniu maseczki ją rozerwę. Jednak niepotrzebnie się martwiłam, bo wszystko przebiegło zgodnie z planem. Dość dużo produktu wchłonęła moja cera. Po zabiegu skóra jest nawilżona i wygląda zdecydowanie lepiej. Jedyne rozczarowanie, jakie przeżyłam to brak truskawkowego zapachu, na który liczyłam. Maseczka prawie nie pachnie. Uznałabym, że ma delikatną, neutralną woń, bo już po chwili zupełnie jej nie czuć.

Różana maseczka w płachcie marki Holika Holika.
Wykonana jak poprzednia. Ta jednak w przeciwieństwie do truskawkowej pięknie pachnie różami.  Z rezultatów jestem też bardziej zadowolona z rezultatów. Z pewnością zakupię ponownie. 

Próbki:
Lioele Water Drop Sleeping Pack
Mizon - peeling cytrynowy
Etude House - Głęboko nawilżający krem do twarzy z kolagenem
The face Shop ryżowy żel do mycia twarzy



Trolls Poppy pianka do mycia o zapachu gumy balonowej. 
Stosowałam ten produkt jak mydło do rąk. Bardzo przyjemnie pachnie, ma lekko fioletowy kolor i dokładnie oczyszcza skórę dłoni. Przyznam szczerze, że jest wydajna, a obok tego designu nie mogłam przejść obojętnie. 

Mydło do rąk Linda z miodem manuka i limonką. 
Uwielbiam tę markę. Możemy znależć ją w Biedronce, a ceny zwykle są bardzo atrakcyjne, bo zapłaciłam za nie około 3 zł. Bardzo ładny, cytrusowy zapach i tak jak w przypadku poprzednich zużytych opakowań i do tej wersji nie mam żadnych zastrzeżeń. Dobrze usuwa brud, jest wydajne, a dzięki obecności miodu manuka również nawilża nasze dłonie. 

Laboratorium Joanna seria prebiotyczna emulsja do higieny intymnej.
Bardzo delikatny, przeznaczony do wrażliwej skóry płyn do higieny intymnej. Ma delikatny, lekko wyczuwalny zapach. Tak jak obiecuje producent. jest ultradelikatny i dobrze usuwa zabrudzenia. Przy codziennym stosowaniu starczył mi na około dwa miesiące, więc co do wydajności też nie mam nic do zarzucenia. 


Zmiękczający krem do stóp z kolagenem morskim od Laboratorium Joanna.
Recenzje wszystkich produktów z tej serii, jakie miałam przyjemność testować, znajdziecie w poście poświęconemu linii sensual. 

Tony Moly Panda's Dream Stick.
Ten produkt został już zrecenzowany na blogu. Moją opinię możecie poznać tutaj: "Recenzja: TONY MOLY Panda's Dream Stick.".

Tony Moly - Magic Food Banana Hand Milk.
Krem do rąk również szczegółowiej opisywałam w osobnym poście: "Recenzja: Tony Moly - Magic Food Banana Hand Milk.". Obecnie zużywam drugie opakowanie.


Żel pod prysznic Balea - Mashmallow. 
Do zakupu skusiło mnie opakowanie. Tym razem niestety nie był to trafny wybór w moim przypadku, ponieważ nie jestem fanką słodkich nut zapachowych. Nieco mdły aromat jednak nie pozostawał długo na skórze. Zdecydowanie nie zakupię ponownie. Markę Balea jednak uwielbiam i z pewnością będę nadal sięgać po jej produkty, ponieważ są wydajne, mają ciekawe opakowania, a do tego owocowe zapachy są obłędne. Zwrócę jednak uwagę na preferowane przeze mnie zapachy.

Yves Rocher energizujący żel peelingujacy pod prysznic mango & kolendra.
Ten produkt mnie zawiódł. Mimo że zapach był cudowny, orzeźwiający i naprawdę trafiał w moje gusta. To wydajność pozostawiła wiele do życzenia. Po dwóch tygodniach codziennego stosowania opakowanie świeciło już pustkami. Nieco zbyt rzadka konsystencja skutecznie sprawiła, że nie sięgnę po niego ponownie. Delikatnie złuszczał naskórek, ale to i tak marna rekompensata. Może firma powinna pomyśleć nad nieco udoskonaleniem formuły.


Mgiełka do ciała o zapachu melonowym.
Zakupiona w Hebe za około 9 zł. Spisała się świetnie. Bardzo przyjemny, melonowy zapach, który długo utrzymywał się na skórze. Wydajność bardzo dobra, bo starczyła na około 3 miesiące ciągłego stosowania. Bardzo dobry produkt z kategorii "do torebki", gdy potrzebujemy szybkiego odświeżenia.

Bielenda - Multifazowy olejek do ciała namiętne nawilżenie.
Dokonałam tego. W końcu udało mi się zużyć olejek. Moja szczera recenzja dostępna w osobnym poście: "Bielenda - Multifazowy olejek do ciała namiętne nawilżenie".
Denko maj 2017.

czerwca 24, 2017

Denko maj 2017.


Trochę późno, ale jak to się zwykło mówić "lepiej późno niż wcale". Przyznam szczerzę, że w maju jestem dumna ze swoich zużyć. Jak na jeden miesiąc jest ich dużo i nie czuję się winna z zakupów, które odbyły się w maju, a było ich sporo. Zdjęcie powyżej mówi same za siebie. Wiem, że pewnie część z Was oceni to jako normalne denko, a nawet całkiem małe, ale od dłuższego czasu borykałam się z problemem jedynie magazynowania kosmetyków, używania ich kilka razy i porzucania, więc teraz jak zdołałam odłożyć do swojego magicznego koszyczka wszelkie puste opakowania, sprawia mi to satysfakcję. Udało mi się zużyć 10 pełnowymiarowych produktów, 4 maseczki oraz 5 próbek.


Zacznijmy od produktów do rąk. W maju skończyłam dwa mydła, jedno z Isany drugie natomiast z Lindy oraz krem w kształcie uroczej Pandy z Tony Moly. Powiem szczerze, że zdecydowanie przy wizycie w Rossmannie będę musiała nabyć żel pod prysznic z Isany z serii podróże, bo mydło sprawdziło się bardzo dobrze. Ładny zapach, dobra wydajność i do tego idealna moim zdaniem konsystencja. Dodatkowo nie miałam problemu z wysuszonymi dłońmi podczas używania preparatu. Mydło marki Linda, które znajdziecie w Biedronce, też spisało się na medal. Tutaj bardzo na plus jest cytrusowy, orzeźwiający zapach i konsystencja lekkiego balsamu. Oba mydła serdecznie Wam polecam. Krem do rąk marki Tony Moly, czyli Panda's Dream White Hand Cream znajdziecie stacjonarnie w Sephorze, a online w prawie wszystkich sklepach z kosmetykami azjatyckimi. Czytelniczki na bieżąco śledzące mojego bloga wiedzą, że produkt ten był już dokładnie przeze mnie recenzowany a te, które znają mnie od niedawna, zapraszam do linku z opinią. W skrócie jest to uroczy stworek, a niego wnętrzu znajdziemy bardzo dobry krem nawilżający, który moim zdaniem zdecydowanie lepiej sprawdzi się lepiej latem niż zimą ze względu na swoją lekką konsystencję. 


Kolej na preparaty, które sprawiają, że pachniemy jak owoce. Mgiełka do ciała marki White Swan o zapachu czerwonych jagód. Najbardziej wyczuwalną nutą jest truskawka. Odświeża, a zapach utrzymuje się przez kilka godzin. Produkt jest wydajny. Zużycie go trwało jakieś 3 miesiące przy prawie codziennym używaniu. Balsam od Dairy fun sprawi, że będziesz pachnieć jak jagodowa babeczka. Nie jest to typowy, owocowy zapach. Określiłabym go raczej jako cukierkowy z wyczuwalną jagodową nutą. Dobrze i szybko się wchłania, pozostawiając naszą skórę nawilżoną. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego produktu to jego mało apetyczny siny kolor, ale po dokładnym rozsmarowaniu nie jest to zauważalne. Ostatnim z owocowych specyfików jest balsam do ciała marki Joanna z serii Sensual z proteinami jedwabiu, który moim zdaniem ma delikatny zapach brzoskwini. Jeden z lepszych balsamów, jakie dane mi było ostatnio używać. Więcej o tym produkcie znajdziecie w poście na temat całej linii Sensual.


Produkty, które ostatnio towarzyszyły mi pod prysznicem. Żel pod prysznic marki Isana, który pięknie, jeżynowo pachnie, dodatkowo dobrze się pieni i jest wydajny. Jak już wiecie z poprzednich denek, uwielbiam tę markę i nie zamierzam z niej rezygnować. Kolejnym produktem jest żel pod prysznic marki Balea z uroczym jednorożcem na opakowaniu. Pachnie on dla mnie maślanymi ciasteczkami, wydaje mi się, że ta opcja była nieco za słodka dla mnie, bo jestem bardziej fanką świeżych i owocowych zapachów, ale obok tego konika nie mogłam przejść obojętnie. Wydajność jest dobra i dobrze myje ciało. Żele tej marki proponuje Wam wypróbować, a już szczególnie osobom, które mają dostęp do DM. Tam można nabyć te żele w cenie około 1 euro. Ostatnim już produktem z tej kategorii jest moim zdaniem wisienka na torcie, czyli peeling myjący marki Perfecta z serii Natura effect. Kosmetyk ten zdobył sobie moją sympatię głównie dzięki zapachowi. Połączenie śliwki i wanilii dają oszałamiający efekt, a dodatkowo jego woń dość długo utrzymuje się na skórze. Jedyne moje zastrzeżenie to fakt, że wydajność jest bardzo słaba. Peeling ładnie złuszcza martwy naskórek i pomaga w utrzymaniu naszej skóry w dobrej kondycji.


Ostatnim z pełnowymiarowych produktów, które sięgnęły dna, jest pianka do oczyszczania twarzy z aloesem marki Holika Holika. Kupiłam ją na promocji w Drogerii Pigment. Dobrze się pieni i ładnie oczyszcza twarz. Jednak używając jej, musimy równocześnie stosować mocno nawilżające kremy, bo żel lekko przesusza skórę. Ma bardzo przyjemny, świeży zapach. Produkt jest wydajny, bo używając go niemalże codziennie, wytrzymał około 3 miesięcy. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, by oczyścić całą twarz. Najgorsze jednak jest wydobywanie produktu z opakowania pod koniec jego użytkowania. Plastik popękał i żel zaczął wyciekać bokami. To sprawiło, że już zdecydowanie nie zakupię tego produktu ponownie. Aloesowi mówię zdecydowane tak, ale spróbuję kosmetyków innej firmy.


Maseczki:

Maseczka w płachcie z Pokemonowej edycji od Tony Moly (Pikachu Moisture Mask Sheet)
Maseczka o delikatny zapachu. Na szczęście nie ma słodkiej, miodowej woni, bo tego się obawiałam. Raczej nie przepadam za dłuższym wdychaniem słodkich, mdłych zapachów. Ma za zadanie nawilżyć i odżywić naszą skórę. Po aplikacji nasza skóra jest widocznie odżywiona, a nadmiar pozostały po aplikacji, trzeba dokładnie wetrzeć w skórę. Prawie całość esencji została przyswojona przez moją twarz. Dobre nasączenie sprawia, że pozostałościami w uroczym opakowaniu możemy potraktować spokojnie jeszcze całą szyję. Maseczka jest gładka, nie ma żadnych motywów na sobie, a szkoda, bo chciałabym na moment być Pikachu. Koszt tej przyjemności z przesyłką to 1,5 $, więc jak na ten typ kosmetyku to całkiem niska cena. Zakupiona na ebayu.


Maseczka w płachcie z Pokemonowej edycji od Tony Moly Pikachu -Miód- Nawilżanie (TONY MOLY Pokemon Mask Sheet) 
Tak jak w przypadku poprzedniej maseczki bardzo delikatny zapach, tym razem nieco bardziej wyczuwalna woń plastrów miodu. Esencja jest dość mocno żelowa, a cała maseczka dość gruba, ale bardzo ładnie przylegająca do twarzy. Ogólnie całą serię tych Pokemonowych maseczek oceniam na plus. Urocze opakowania skrywają w sobie produkty naprawdę dobrej jakości. Koszt jednej maseczki to około 2 $. Zakupiona w zestawie na ebayu.

Maseczka w płachcie Missha drzewo herbaciane (Missha Pure Source Cell Sheet Mask Tea Tree) x 2
Skusiły mnie również maseczki marki Missha w promocyjnej cenie. Zestaw pięciu kosztował mnie koło 4,20 $. Wybrałam opcję z drzewem herbacianym. Ostatnio coraz częściej sięgam po kosmetyki, których głównym składnikiem jest wyciąg z tej rośliny. Zauważam, że ma on pozytywne oddziaływanie na moją skórę. Maseczki jednak są przeciętne. Dość cienki materiał nieco utrudnia nałożenie na twarz i lubi w niektórych miejscach najzwyczajniej odstawać. Jednak jeśli chodzi o działanie, to nieco wycisza stany zapalne powstałe na skórze. Więc, gdyby tylko wykonanie było nieco solidniejsze, to byłyby to jedne z moich ideałów.

Próbki:
Tony Moly serum z czarną herbatą (Tony Moly The Black Tea Serum)
Tony LAB Ac Control Acne Foam Cleanser
Benton Aloe Propolis Soothig Gel

Tony Moly krem pod oczy z czarną herbatą (London Classic Eye Cream)

Używałyście tych produktów? Może posiadacie własne opinie na ich temat?
Copyright © Lifestyle by Ladyflower , Blogger