Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Denko sierpień 2018.

maja 21, 2019

Denko sierpień 2018.



Tak jak już kilkukrotnie wspominałam mam niesamowite zaległości, jeżeli chodzi o denka wszelkiego rodzaju.
Te zużycia pochodzą jeszcze z sierpnia 2018. Pomyślcie same, ile mam do nadrobienia.
Szkoda, że mój wolny czas to pojęcie bardzo względne i czasem przez cały tydzień potrafię go prawie nie doświadczać.
Aktualnie rozłożona chorobą postaram się, może nieco nadrobić zaległości w tym temacie, a jest co uzupełnić od połowy roku 2018.

Zacznijmy od czterech kosmetyków kolorowych, z którymi się pożegnałam:
1. TONYMOLY Pokemon PURIN(Jigglypuff) Peach Pact SPF42 PA++ – puder prasowany.
2. Skin Marcaron Sugar Base Mint Chou (baza pod makijaż).
3. Transparentny puder utrwalający makijaż Artdeco Setting Powder Compact.
4. Paletka cieni Sleek Makeup OH SO SPECIAL.

Bardzo cieszy mnie fakt zużywania kosmetyków kolorowych, bo w ich przypadku opornie idzie mi denkowanie.
Wszystkie wymienione wyżej kosmetyki są na swój sposób wyjątkowe i czerpałam przyjemność z ich używania.

Puder prasowany w uroczym opakowaniu z Jigglypuff sprawdził się bardzo dobrze. Ładne wyrównywał koloryt cery, sprawiał, że cera do kilku godzin pozostawała matowa. Kosmetyk jest wyposażony w gąbeczkę, za pomocą której wklepanie produktu w twarz było dziecinnie proste, nie pozostawiając nadmiaru produktu w żadnym miejscu. Bardzo wydajny, bo przy codziennym używaniu starczył mi na ok. 3 miesiące. Nie zapychał porów i zawierał filtr przeciwsłoneczny.

Baza pod makijaż z ciasteczkowym potworkiem w kolorze miętowym też spisała się na medal. Po pierwsze ładnie ukrywała wszelkie przebarwienia na twarzy. Mini drobinki lekko rozjaśniały cerę. Przedłużała trwałość makijażu i sprawiała, że podkład lepiej i szybciej wtapiał się w cerę.

Transparentny puder utrwalający makijaż z Artdeco zamknięty w eleganckim opakowaniu to tylko wisienka na torcie w połączeniu z dwoma poprzednimi produktami. Używałam ich z cushionem marki The saem w codziennym makijażu i dawały olśniewający efekt. Puder ten bardzo dobrze sprawdza się jako wykończenie makijażu. Przedłuża matowość cery i wyrównuje koloryt. Zauważyłam, że przy jego stosowaniu zdecydowanie dłużej utrzymuje się makijaż. Odrobinę przypudrować matową pomadkę, a spędza na ustach już o kilka godzin więcej.

Ostatnia paletka cieni od Sleek Makeup, służyła mi kilka dobrych lat i, mimo że nie jest w całości zużyta, zmuszona jestem się z nią pożegnać. Jasne kolory w tej palecie często służyły mi do stworzenia dziennego makijażu. Bardzo dobra pigmentacja, kolory ładnie ze sobą współgrały. Lekko osypywały się ciemniejsze kolory, ale jak na taką cenę były naprawdę dobre jakościowo. Dodatkowo sentyment, jaki miałam do tej palety, jednak z pierwszych w mojej kolekcji, nie pozwalał mi na pozbycie się jej tak po prostu.


Kolejnymi produktami w denku są kosmetyki do włosów.
Znany Wam wszystkim suchy szampon marki Batiste. Mój wybór padł tym razem na zamknięty w uroczym opakowaniu z matrioszkami wariant swet & delicious, sweetie. Jak możecie się domyślać, miał słodki, nieco mdły zapach. Dla mnie trochę przesadzony i zdecydowanie na ten rodzaj się już nie zdecyduję. Swoją funkcję, czyli odświeżenie włosów spełniał jak zawsze perfekcyjnie.

Drugim produktem jest szampon z odżywką od marki Timotei. Przyjemny, świeży zapach ogórka. Dobrze oczyszcza skórę głowy. Niestety z powodu, że jest to kosmetyk 2 w 1, moje włosy po myciu były mocno obciążone i szybko stawały się tłuste. Nie sięgnę więcej po ten produkt. Może sprawdzi się u osób, które mają przesuszone włosy i skórę głowy, ale nie działa tak jak powinien u osób z tendencją do przetłuszczających się włosów.


cof
Kosmetyki pielęgnacyjne do dłoni, a konkretnie mydła do rąk w płynie i piance.
Pierwsze dwa są z Palmolive wersja z maliną oraz jaśminem. Bardzo dobrze oczyszczają skórę dłoni i jej nie przesuszają. Jedyne, co mogę im zarzucić to fakt, że są nieco mało wydajne. Mimo że tworzą dużo piany z małej ilości płynu, to po 2 tygodniach opakowanie jest puste, a w przypadku mleczek myjących do dłoni i tradycyjnych mydeł w płynie starczają mi na około 3 tygodnie.

Linda Prestige to mydełko do rąk z Biedronki. Bardzo lubię produkty tej marki, zdecydowanie te do pielęgnacji dłoni. Tutaj wydajność zdecydowanie lepsza. Nie wysusza skóry, a dodatkowo pozostawia orzeźwiający, cytrusowy zapach. W porównaniu z opisywanymi wyżej zdecydowanie lepiej ze stosunkiem cena-jakość.


Przyszła kolej na zużyte żele pod prysznic. Pierwszy z nich marki Yves Rocher o zapachu poziomkowym. Uwielbiam żele tej marki. Dobrze się pienią, bardzo przyjemnie pachną, a zapach utrzymuje się do kilku godzin po prysznicu. Dodatkowo przy pielęgnacji tym produktem skóra jest znacznie bardziej odżywiona oraz rzadziej występują jakiekolwiek przesuszenia. Żałuję jedynie, że szybko się kończy.
Pierwszy od dawna żel od marki Le peite Marseillais, który zagościł w mojej szafce w łazience. Rozświetla skórę i świetnie sprawdza się w duecie z balsamem do ciała z tej samej serii ze skrzącymi drobinkami. Jest bardzo wydajny i ma przyjemny zapach. Po prysznicu zostawia lekką, szybko wchłaniającą się oliwkową powłokę.
Żele marki Be Beauty z Biedronki również są moimi faworytami. Bardzo tanie i dobre produkty. Ten w wariancie owoców leśnych przepięknie pachniał. Jednak wydaje mi się, że nieco wysusza skórę i dla osób z wrażliwą cerą nie będzie dobrym wyborem.
Tropical Mango marki Cien prosto z Lidla. Cudowny zapach na prysznic latem. Przywodzi na myśl tropikalną wyspę i orzeźwiające drinki. Idealny na poranny, szybki prysznic. Bardzo wydajny.


Peelingi do ciała, z którym ulubieńcem został wariant z różą i baobabem z mydlarni cztery szpaki. Bardzo dobrze usuwa martwy naskórek. Peeling jest wzbogacony o olejki i po stosowaniu kosmetyku na skórze zostaje przyjemnie pachnąca powłoka. Nie wchłania się ona szybko, ale dobrze działa na naszą skórę. Najlepiej stosować go na noc. Jest bardzo wydajny, bo odrobina starcza, by pokryć duży obszar ciała.
Drugim z kosmetyków jest peeling z Organic Shop o zapachu papai. Nie wpływa on tak doskonale na naszą skórę, jak jego poprzednik, ale w cenie 7 zł za opakowanie nie powinnyśmy oczekiwać cudów. Przyjemnie pachnie, ale zapach nie utrzymuje się długo. Nie jest gruboziarnisty, ale delikatnie złuszcza naskórek. Jest mniej wydajny, ale dla osób o mało wymagającej skórze będzie działał dobrze.
Ostatnim produktem jest peeling marki Balea o zapachu melona. Powiem szerze, że nieco słodki i mdlący zapach. Spodziewałam się zupełnie innego zapachu. Przypomina on bardzo dojrzałego, żółtego melona. Bardzo drobne ziarenka do peelingu. Nie jest on efektowny, a by dał dobry efekt na skórze, trzeba mocno się postarać. Opakowanie jest mało funkcjonalne. Nie kupię ponownie tej wersji. Resztę peelingów z Balei wspominam dobrze.


Zacznijmy od produktu, który zupełnie nie pasuje do dwóch pozostałych, czyli do płynu do higieny intymnej.
Ziaja Intima kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem laktobionowym regenerująco-łagodzący.
Mój zdecydowany must-have, jeżeli chodzi o higienę okolic intymnych. Jestem w trakcie zużywania drugiego opakowania tego żelu. Jego zaletą jest praktyczne opakowanie z pompką, dobra wydajność, a przede wszystkim fakt, że jest idealnie dopasowany do wrażliwej skóry. Jego stosowanie nie powoduje podrażnień. To już moje drugie zużyte opakowanie.
Pianka myjąca z cytryną i melisą od Cos Nature. Internetowy, chwilowy hit, obok którego nie mogłam przejść obojętnie. Nie żałuję tego zakupu. Bardzo dobrze oczyszcza skórę twarzy, nie podrażnia jej. Daje efekt odświeżenia. Uwielbiam poranną pielęgnację z tym produktem. Nie sprawdza się przy zmywaniu makijażu.
Płyn micelarny do demakijaży od Herbal Care z bławatkiem i bawełną. Delikatny, idealnie nadaje się nawet do demakijażu oczu. Dobrze usuwa makijaż i świetnie radzi sobie nawet z bardzo napigmentowanymi szminkami i podkładem. Nie wysusza cery i nie powoduje podrażnień.



Ostatnie rzeczy z sierpniowego denka to maseczka w płachcie z wyciągiem z drzewa herbacianego marki Secriss i plaster na nos z uroczą ośmiorniczką od Tony Moly. Uwielbiam kosmetyki z drzewem herbacianym, dobrze oczyszczają skórę, dezynfekują i sprawiają, że rany goją się szybciej. Wszelkie niespodzianki robią się mniej widoczne i goją się zdecydowanie szybciej. Dlatego w mojej kosmetyczce często znajdziecie sam olejek, jak i kosmetyki na jego bazie. Maseczka dobrze się sprawdza, ma intensywny i specyficzny, ostry zapach. Po zastosowaniu skóra staje się jędrniejsza i jest bardziej oczyszczona.
Plaster na nos usuwa widocznie zanieczyszczenia. Po jego oderwaniu widoczne są „wyciągnięte” zaskórniki. Ja przed rozpoczęciem całego zabiegu przykładam dobrze nasączony ciepłą wodą ręcznik, by nieco otworzyć pory. Następnie nalepiam dokładnie wzór i czekam, aż wyschnie. Zaczynając od nasady, nos szybkim ruchem zrywam plaster. Tak najskuteczniej pozbędziecie się, jak największej ilości zaskórników. Plastry z ośmiorniczką są do tej pory moimi faworytami w tego typu produktach.
Kącik czytelniczy: "Niewyjaśnione tajemnice" Joel Levy.

maja 07, 2019

Kącik czytelniczy: "Niewyjaśnione tajemnice" Joel Levy.

“Niewyjaśnione tajemnice”. Kto z nas o nich nie słyszał? Z pewnością wiele miejsc, rzeczy i zdarzeń omówionych na stronach tej publikacji kojarzycie. Zagadki, które od wieków nurtują uczonych, niektórym spędzają sen z powiek. Nawet przy cudach dzisiejszej techniki są nie do wyjaśnienia, a rozwiązania tych problemów możemy jedynie się domyślać.



Książka jest podzielona na kolejne części: tajemnicze miejsca, tajemnicze zdarzenia, dziwne doniesienia oraz zagadkowe artefakty. Najbardziej fascynował mnie rozdział dotyczący budowli. Nigdy do końca nie dowiem się jak powstały budynki, które po dziś dzień zachwycają rzemiosłem i kunsztem, które były znane przed narodzinami Chrystusa. Jak ludzie bez obecnej techniki byli w stanie pracą własnych rąk transportować wielkie, kamienne bloki i tworzyć coś tak niezwykłego.

Teorii spisowych, kierunków nauk powstało mnóstwo. Niektóre z nich po dziś dzień starają się wyjaśnić zagadki. Nie sądzę, by udało im się to w pełni. Mogą jedynie dumać i wysnuwać domysły, które mimo naukowych tez nie będą w pełni odzwierciedlać prawdy.

Człowiek od zawsze starał się wszystko wyjaśnić i dokładnie zgłębić. Jednak upływ czasu i wielkość, różnorodność naszej planety, a także wielokulturowość uniemożliwiają to. Czasem to, co nieodgadnione jest jeszcze piękniejsze przez ten pierwiastek tajemniczości. Może niech tak zostanie?

Kącik czytelniczy: „Pocałunek kata” Mons Kallentoft.

maja 06, 2019

Kącik czytelniczy: „Pocałunek kata” Mons Kallentoft.

Jak kilka zdjęć w mediach społecznościowych może zmienić życie grupy nastolatków?


Moje pierwsze spotkanie z komisarzem Malin Fors. Na półce czekają jeszcze dwie książki Monsa Kallentofta, ale po lekturze “Pocałunku Kata” zdecydowanie szybko ten fakt ulegnie zmianie. Dawno książka mnie aż tak nie pochłonęła.

Autor w niebanalny sposób buduje napięcie, łączy kilka wątków i spektakularnie rozwiązuje sprawę. Rozpoczynając lekturę, nie spodziewałabym się takiego finału. Książka moim zdaniem posiada wszystkie rzeczy, jakie powinien mieć dobrze napisany thriller.

Krótkie rozdziały i “uciekające” strony powodują tylko coraz większą chęć poznania kolejnego elementu układanki. Widzimy doskonale problemy, z jakimi zmaga się główna bohaterka i jej walkę z nałogiem. Komisarz Malin Fors już od pierwszych stron powieści nie jest typowym detektywem, nie działa według znanego mi z innych kryminałów schematów. Jej postać jest bardzo intrygująca. Podejście do życia tej kobiety może fascynować. Z jednej strony jest matką i policjantką, a z drugiej walczy ze swoją mroczną stroną.

Co do klasyfikacji tej książki może pojawiać się wiele wątpliwości. Łączy mocne akcenty kryminału z odrobiną thrillera, a momentami nawet horroru. Opis zmiażdżonego ciała między dwoma samochodami przyprawił mnie o ciarki na plecach. Autor w bardzo realistyczny sposób uzmysławia nam kruchość ludzkiego życia. Jego opisy są tak wyraźne, jak byśmy byli naocznymi świadkami zdarzenia.

Polecam szczególnie osobom, które lubują się w takich gatunkach, ale nie tylko. “Pocałunek kata” jest tak dobrze napisaną powieścią, że posunę się do stwierdzenia, że każdemu przypadnie do gustu ta historia. Ja dawno nie przeżyłam podczas lektury czegoś tak niezwykłego.
Kącik czytelniczy: „Maszyna szczęścia” Katie Williams.

marca 25, 2019

Kącik czytelniczy: „Maszyna szczęścia” Katie Williams.



Jak wyobrażacie sobie życie za niecałe 20 lat? Jak rozwinięta będzie Waszym zdaniem technika? Autorka książki proponuje jedną z wizji przyszłości, w której znajdziemy maszynę dającą nam wskazówki co zrobić, by być szczęśliwym. Wystarczy wziąć patyczek, zrobić wymaz, a jedna z takich osób jak główna bohaterka Pearl zdradzi nam przepis na idealne życie. Brzmi całkiem obiecująco? Moim zdaniem nic bardziej mylnego.

Pomysł, który zrodził się w umyśle autorki może miał, dać nam do myślenia, jak daleko człowiek jest w stanie posunąć się, wierząc ślepo technice. Zapewnienie, że zalecenia maszyny z prawie stu procentowym się sprawdzają, sprawiają, że ludzie chętnie do testu przystępują i kierują się wskazówkami, nawet jeśli w grę wchodzi usunięcie fragmentu swojego palca. Niektóre z przepisów są bardzo proste do zrealizowania, czasem wydawałoby się, że oczywiste, ale jednak ciężko nam wybrać swoje hobby lub inny sposób spędzania wolnego czasu. Czasem człowiek po prostu potrzebuje, by wskazać mu drogę, i tutaj w roli dyrygenta mamy urządzenie Apricity.


Patrząc obecnie na ulice i fakt, że ludzie wciąż wpatrują się w swoje smart fony jak zaczarowani, wskazuje na to, że jeśli taka maszyna miałaby powstać, to bardzo prawdopodobne jest, że chętnie będziemy jej używać. Sami gubimy się i nie bardzo znamy pojęcie szczęścia. Jeszcze bardziej nie potrafimy go dostrzec w otaczających nas rzeczach, sytuacjach, tylko wciąż w gonitwie dnia codziennego zapominamy, co jest dla nas ważne. Era konsumpcjonizmu oraz fakt, że lepiej mieć niż być nieco mnie przytłacza, więc chętnie zobaczyłabym społeczeństwo, które przez chwilę będzie mogło znaleźć szczęście poprzez wykonywanie drobnych gestów, zmianę otoczenia. Fakt czy miałaby im to podpowiedzieć maszyna, czy też terapeuta niewiele tu dla mnie znaczy.

Bardzo spodobała mi się koncepcja i sam pomysł autorki. Jednak w samym napisaniu powieści widać kilka mankamentów. Niektóre z wątków jak np. historia syna Pearl bardzo przypadły mi do gustu. Jednak oczekiwałam mocniejszych wrażeń po opisie książki. Niestety uważam, że w kilku scenach zdecydowanie mocniej można było rozbudować napięcie, dokładniej opisać uczucie bohaterów. W moim odczucia książka jest nieco bezpłciowa. Sama idea świetna, ale wykonanie już niekoniecznie. ”Maszyna szczęścia” sprawdzi się jako niezobowiązująca lektura na jeden wieczór.
Kącik czytelniczy: „(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie” Natasza Socha.

marca 08, 2019

Kącik czytelniczy: „(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie” Natasza Socha.

Miłość nigdy nie jest prosta. Niemiłość tym bardziej. Do zakochania się ponoć wystarczy jeden krok… Cały świat zaczyna być ciekawszy, otoczenie jest widziane przez nas w milionach barw. Inaczej pojmujemy rzeczywistość, jakby ktoś na moment dał nam zajrzeć przez różowe okulary na życie. W świecie pełno pozytywnych emocji, cudownych zapachów. Nawet śpiew ptaków brzmi w naszych uszach zupełnie inaczej.



Jednak po kilku latach związek to już raczej przywiązanie, wspólne obowiązki. W szczególności, gdy nasza miłość zaczyna owocować w małej istocie, która potrzebuje mnóstwa naszej uwagi i jest dla nas najważniejsza na świecie. Praca, dom, rutyna i szarość. Budzimy się każdego ranka i nic się nie zmienia, oprócz faktu, że nasza pociecha zaczyna szkołę, pojawiają się pasje, zainteresowania, zajęcia dodatkowe. Nie patrzymy już która godzina, jaki dzień tygodnia, ani jaka pora roku skoro mija wszystko dookoła nas tak szybko.

Główna bohaterka książki postanawia przerwać to trwanie w nieszczęśliwym i obumarłym związku. Wsiada pewnego dnia do samochodu, pełna przekonania, że to właśnie ten jedyny moment, gdy zdobędzie się na to, by wypowiedzieć słowo „rozwód” prosto w twarz swojego męża. Nie chcę już tych odcieni bieli, czerni, czasem jakiejś szarości. Chce na nowo odkrywać feerię barw i cieszyć się życiem. Jedynym słusznym jej zdaniem rozwiązanie jest po prostu postawienie sprawy jasno: to małżeństwo nie ma już sensu.

Los jednak bywa przewrotny. Człowiek, gdy już znajdzie w sobie odwagę na dokonanie czynu, o którym tak wiele myślał, ale nie był zdolny do niego, zwykle trafia na przeszkody. Tak, też było tym razem. Niestety niezapięte pasy w połączeniu z małym roztargnieniem starszej pani na drodze spowodowały ciężki uraz, po którym kobieta przestaje chodzić i staję się bardzo zależna od swojego prawie byłego męża.

Piękna historia miłosna, która przyprawiła mnie na koniec o łzy wzruszenia. Walka o siebie, rodzinę i wartości, które tak łatwo przekreślamy w dzisiejszym świecie. Pokazanie problemów oczami żony i męża w związku, który ulega powolnemu rozkładowi. Autorka idealnie ukazuje wewnętrzne rozterki pary, kalkulacje za i przeciw być albo nie być w związku. Zdecydowanie polecam do przeczytania osobom, które właśnie znalazły się na życiowym rozdrożu lub kobietą lubującym się w niebanalnych historiach miłosnych. Z niecierpliwością czekam na kolejną historię Nataszy Sochy rozpoczynającą się od “ (nie)”.
Kącik czytelniczy: "Diablero" F.G. Haghenbeck.

lutego 18, 2019

Kącik czytelniczy: "Diablero" F.G. Haghenbeck.



Tytuł, który wymówiony przeze mnie co drugi raz poprawnie, „Diablero” oznacza osobę zajmująca się zawodowym łapaniem demonów i innych istot nadprzyrodzonych. Powieść ta jest połączeniem thrillera i horroru. Osobiście nie przepadam za horrorami, bo przerażające opisy potrafią mojej wyobraźni płatać figle, jak i ekranizacje, tak i literaturę tego gatunku staram się omijać szerokim łukiem. Jednak tutaj mamy wersję light połączoną z niebanalnym scenariuszem wydarzeń.

Elvis Infante, główny bohater powieści, to oczywiście tytułowy „Diablero”. Ja pokusiłabym się o porównania go do szamana lub innego przywoływacza wszelkiego rodzaju demonów, strzyg i upiorów. Niebanalne zajęcie, które przynosi mu dość dobre zyski. Jak tego dokonuje? Otóż moi drodzy, autor wita nas w świecie, gdzie na międzynarodowym, czarnym rynku nie handluje się ludźmi, narkotykami czy też bronią, a istotami nadprzyrodzonymi. Z początku zaczęłam zastanawiać się, w jakim celu łapane są demony, dlaczego są tak cenne i do tego klasyfikuje się je na grupy w zależności od ich mocy. Odpowiedź jest bardzo prosta, służą one do walk. Są specjalnie szkolone, a następnie zamożni ludzie stawiają wysokie zakłady o to, który z nich wygra daną bitwę.

Smuci mnie nieco fakt, że od zarania dziejów rozrywką ludzkości jest patrzenie na sprawienie bólu, triumf zwycięstwa. Walki gladiatorów w starożytnym Rzymie, teraz sztuki walki. Ludzie uwielbiają oglądanie takich widowisk. Tylko ja nigdy nie rozumiałam dlaczego. Nielegalne bijatyki, a tutaj motyw walki sił nadprzyrodzonych. Niestety tego nie rozumiem, ale na moje szczęście autor nie drążył długo tego tematu. Skupił się przede wszystkim na sposobie łapania „zawodników” i samej historii Elvisa Infante oraz na faktach, które sprawiły, że teraz jego życie wygląda tak, a nie inaczej.

Odczucia po przeczytaniu książki miałam pozytywne. Nie wywołała we mnie szczególnego zachwytu, ale bardzo przyjemnie spędziłam jeden wieczór z tą powieścią. Nie jest ona wymagająca, fabuła pozwala nam dać się wciągnąć. Nie brakuje akcji, a opisy demonów wcielonych w ludzkie ciało są w stanie pobudzić naszą wyobraźnię i nieco przyprawić nas o ciarki na plecach. Niebezpieczeństwa czyhające co krok przy łapaniu bardziej niebezpiecznych demonów dają nam nieco do myślenia, do czego jest się w stanie posunąć człowiek w celu zdobycia małej fortuny.

Zastrzeżeń jednak mam kilka. O ile wtrącenia angielskie nie sprawiają mi najmniejszego problemu, ponieważ znam ten język, o tyle wplątane słowa hiszpańskie już bardziej mi uprzykrzały tę lekturę. Nie lubię nie rozumieć słów, więc kilkukrotnie musiałam sięgnąć po słownik. Różne czasy akcji sprawiały, że nieco gubiłam się w wydarzeniach przy pierwszych takich zabiegach autora, jednak już w miarę przeczytanych stron udało mi się złapać rytm czytania i przestałam zupełnie zwracać na to uwagę.

Podsumowując, w kilku zdaniach jak najbardziej ta powieść jest dla osób, które poszukują książki niezbyt wymagającej na kilka godzin oderwania od rzeczywistości. Zagorzałym fanom horrorów nie przypadnie ona jednak do gustu, ponieważ najzwyczajniej jest mało straszna. Zdecydowanie bardziej jednak polecam przeczytanie tej książki niż serial. Niestety, może spodziewałam się po ekranizacji zbyt wiele, ale moje wyobrażenie zupełnie nie pokryło się z wizją reżysera.
Kącik czytelniczy: Stosik styczeń 2016.

lutego 04, 2017

Kącik czytelniczy: Stosik styczeń 2016.


Krótkie, styczniowe podsumowanie książek, które przeczytałam.

Książki brały udział w dwóch wyzwaniach:
1. "Pod hasłem 2017" u Ejotka.
2. 52 książki w 2017 (4/52).

Przeczytanych książek: 4
Ilość stron: 1452
Liczba stron/ dzień: ok. 47

Recenzje przeczytanych książek:


Jak Wam czytelniczo minął styczeń? jakie macie plany na luty?

Kącik czytelniczy: Dlaczego nowy Harry Potter mnie NIE zachwycił?

listopada 04, 2016

Kącik czytelniczy: Dlaczego nowy Harry Potter mnie NIE zachwycił?



Opis książki od wydawnictwa: 
Ósma historia. Dziewiętnaście lat później.
Harry Potter i przeklęte dziecko, nowa opowieść autorstwa J.K. Rowling, Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego i nowa sztuka Jacka Thorne’a, to ósma historia w serii i pierwszy autoryzowany spektakl teatralny ze świata Harry’ego Pottera.  Światowa premiera spektaklu odbyła się na londyńskim West Endzie 30 lipca 2016.
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej nie ma go teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, którego nigdy nie chciał przyjąć. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.

Szczegóły:
Autorzy: Joanne K. Rowling, Jack Thorne, John Tiffany
Przekład: Piotr Budkiewicz, Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawca: Media Rodzina
Ilość stron:368
Format: 135 x 205 mm

ISBN: 978-83-8008-228-1

Źródło informacji: https://mediarodzina.pl/prod/1377/Harry-Potter-i-przeklete-dziecko--Czesc-pierwsza-i-druga



Moja opinia:
Dlaczego nowy Harry Potter mnie NIE zachwycił?

Z nocy z 21 na 22 października miała miejsce premiera nowej, ósmej części kultowej sagi fantasy dla młodzieży, której chyba już nikomu nie trzeba przedstawiać, zatytułowanej „Harry Potter i przeklęte dziecko”. Każdy mugol o tym wiedział i przy tej premierze nie zabrakło koczowania przy księgarniach lub kupna egzemplarzy premierowych w Internecie. Wchodząc w noc premiery na instagrama wszystkie najlepsze zdjęcia oznaczone czymkolwiek związanym #książką lub #czytam przedstawiały okładkę tej powieści. Ja również zafascynowana co tu znowu podzieje się w Potterowym świecie poszłam do przybytku zwanym Biedronką i dwa dni po premierze znalazłam swój upragniony egzemplarz zakopany w środkach czystości przy kasie. Pierwsze co przyszło mi na myśl to fakt, że to musiało być przeznaczenie, że książkę dorwałam i czym prędzej kończąc niedzielną pracę, wróciłam do domu, zrobiłam sobie kubek gorącej kawy i wzięłam się do lektury.

Euforia nie trwała jednak długo. Po niespełna trzech godzinach książka była już zaliczona do pozycji przeczytanych, a niesmak jaki pozostawiła chyba jeszcze na długo mi będzie towarzyszył, a jeśli autorce przyjdzie na myśl kolejna książka w formie scenariusza to zdecydowanie podziękuję. Jeśli mam być z Wami zupełnie szczera to gdybym wiedziała jak książka jest skonstruowana i że brakuje w niej najlepszych opisów, a wydarzenia w niej przedstawione to w sumie powrót do poprzednich części to te 25 zł wolałabym wydać na bilet do kina lub na jakąś książkę wartą przeczytania.

Nie należę do osób, które przeczytały wszystkie części, ale od pierwszego do piątego tomu serii niektóre tytuły były czytane przeze mnie po kilka razy. Jako nastolatka ubóstwiałam Rowling za opisy magicznego świata, kreacje bohaterów i utrzymywanie niezwykłego klimatu. Tutaj zabrakło tych wszystkich czynników. Jak to w scenariuszu bywa opisy ograniczone do potrzebnego minimum. Cechy bohaterów poznajemy jedynie po słowach jakie wypowiadają, tak też jest z emocjami, które odczuwają w danym momencie. Klimatu nie ma kompletnie żadnego w moim odczuciu. Książkę tę uratował jedynie fakt, że osoby, które czytały całą serię mogą jedynie zobaczyć kilka alternatywnych zakończeń wydarzeń z poprzednich serii, ale to moim zdaniem jedynie gdybanie na temat tego co by się stało jakby pewne zdarzenia potoczyłyby się innym torem.

Harry przedstawiony jako 40-letni mężczyzna borykający się z rodzicielskimi problemami to nie chłopak, którego pokochał cały świat. W moim odczuciu ta część serii napisana w klasyczny sposób jak poprzednie miała szansę na sukces, ale tym scenariuszem autorka popsuła nam całą zabawę. Mam niemiłe wrażenie, że ta książka była już dość mocno wymuszona na autorce, ale ja zawsze będę jej wierną fanką, a ta książka pójdzie u mnie w niepamięć.


Teraz pytanie do Was Drodzy Czytelnicy:
1. Czy czytaliście tą książkę i jakie wrażenie wywarła na Was?

2. Czy warto sięgać po „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”? Nie wiem czy chcę kolejnym razem się rozczarować, a opinie o tej książce są skrajnie pozytywne i negatywne i w sumie sama nie wiem co mam z tym faktem zrobić.

Głowa Harrego w tytułowym zdjęciu pochodzi z pixabay.com
Recenzja: Artdeco cienie do powiek - Art Couture Long-wear Eyeshadows.

kwietnia 12, 2016

Recenzja: Artdeco cienie do powiek - Art Couture Long-wear Eyeshadows.


Kącik czytelniczy: David Gemmell "Troja. Pan Srebrnego Łuku."

kwietnia 07, 2016

Kącik czytelniczy: David Gemmell "Troja. Pan Srebrnego Łuku."



Pamiętam jak dawniej chętnie sięgałam po książki typu mity starożytnej Gracji lub Rzymu. Do dziś chętnie wracam do niektórych opowieści. Zacięte walki, bohaterskie czyny, przepełnione mrokiem przepowiednie, kobiety o boskiej urodzie to wszystko znajdziemy w książce autorstwa Davida Gemmell'a "Troja. Pan Srebrnego Łuku."
Copyright © Lifestyle by Ladyflower , Blogger