Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty
Denko kwiecień 2020.

maja 07, 2020

Denko kwiecień 2020.

Denko kwiecień 2020.
Czas na kolejne denko. Tym razem mini recenzje produktów podzielone są tygodniami. Zdecydowanie łatwiej mi tak stworzyć podsumowanie miesiąca. Patent od dziewczyn z DressCloud. Jestem zadowolona z tego denka. Jedyne co chciałabym zmienić to fakt, by pojawiło się w nim więcej maseczek do twarzy, bo notorycznie zapominam o ich stosowaniu.


Denko marzec 2020.

kwietnia 17, 2020

Denko marzec 2020.


Sporo czasu minęło od ostatniego posta. Mam nadzieję, że dzielnie się trzymacie w obecnych czasach. Ja niestety nie pracuję, a chciałabym już bardzo. Myślałam, że może dziś dowiem się kiedy dane będzie mi wrócić do moich obowiązków, ale niestety jedyne w czym mnie uświadomiono to fakt, że moje miejsce pracy zostanie otwarte znajduję się w etapie trzecim „powrotu do normalności”. Nie jestem tu jednak, by pisać o polityce, bo tu wszyscy się zgodzą, że jej mamy po dziurki w nosie. Myślę, że mam jej bardziej dość niż siedzenia w domu, a uwierzcie mi nie przebywałam tyle w swoim mieszkanku chyba od podstawówki, kiedy to dość ciężko przeszłam ospę wietrzną. 
Przejdźmy do denka, którego wieki nie było na blogu, a produkty jednak stale są przeze mnie zużywane. Podzielone jest na dwie części, bo w ferworze początkowego sprzątania mieszkania cyknęłam zdjęcie i w połowie miesiąca bezmyślnie wyrzuciłam wszystkie opakowania, więc niestety zdjęcia zbiorczego nie będzie.
Denko sierpień 2018.

maja 21, 2019

Denko sierpień 2018.



Tak jak już kilkukrotnie wspominałam mam niesamowite zaległości, jeżeli chodzi o denka wszelkiego rodzaju.
Te zużycia pochodzą jeszcze z sierpnia 2018. Pomyślcie same, ile mam do nadrobienia.
Szkoda, że mój wolny czas to pojęcie bardzo względne i czasem przez cały tydzień potrafię go prawie nie doświadczać.
Aktualnie rozłożona chorobą postaram się, może nieco nadrobić zaległości w tym temacie, a jest co uzupełnić od połowy roku 2018.

Zacznijmy od czterech kosmetyków kolorowych, z którymi się pożegnałam:
1. TONYMOLY Pokemon PURIN(Jigglypuff) Peach Pact SPF42 PA++ – puder prasowany.
2. Skin Marcaron Sugar Base Mint Chou (baza pod makijaż).
3. Transparentny puder utrwalający makijaż Artdeco Setting Powder Compact.
4. Paletka cieni Sleek Makeup OH SO SPECIAL.

Bardzo cieszy mnie fakt zużywania kosmetyków kolorowych, bo w ich przypadku opornie idzie mi denkowanie.
Wszystkie wymienione wyżej kosmetyki są na swój sposób wyjątkowe i czerpałam przyjemność z ich używania.

Puder prasowany w uroczym opakowaniu z Jigglypuff sprawdził się bardzo dobrze. Ładne wyrównywał koloryt cery, sprawiał, że cera do kilku godzin pozostawała matowa. Kosmetyk jest wyposażony w gąbeczkę, za pomocą której wklepanie produktu w twarz było dziecinnie proste, nie pozostawiając nadmiaru produktu w żadnym miejscu. Bardzo wydajny, bo przy codziennym używaniu starczył mi na ok. 3 miesiące. Nie zapychał porów i zawierał filtr przeciwsłoneczny.

Baza pod makijaż z ciasteczkowym potworkiem w kolorze miętowym też spisała się na medal. Po pierwsze ładnie ukrywała wszelkie przebarwienia na twarzy. Mini drobinki lekko rozjaśniały cerę. Przedłużała trwałość makijażu i sprawiała, że podkład lepiej i szybciej wtapiał się w cerę.

Transparentny puder utrwalający makijaż z Artdeco zamknięty w eleganckim opakowaniu to tylko wisienka na torcie w połączeniu z dwoma poprzednimi produktami. Używałam ich z cushionem marki The saem w codziennym makijażu i dawały olśniewający efekt. Puder ten bardzo dobrze sprawdza się jako wykończenie makijażu. Przedłuża matowość cery i wyrównuje koloryt. Zauważyłam, że przy jego stosowaniu zdecydowanie dłużej utrzymuje się makijaż. Odrobinę przypudrować matową pomadkę, a spędza na ustach już o kilka godzin więcej.

Ostatnia paletka cieni od Sleek Makeup, służyła mi kilka dobrych lat i, mimo że nie jest w całości zużyta, zmuszona jestem się z nią pożegnać. Jasne kolory w tej palecie często służyły mi do stworzenia dziennego makijażu. Bardzo dobra pigmentacja, kolory ładnie ze sobą współgrały. Lekko osypywały się ciemniejsze kolory, ale jak na taką cenę były naprawdę dobre jakościowo. Dodatkowo sentyment, jaki miałam do tej palety, jednak z pierwszych w mojej kolekcji, nie pozwalał mi na pozbycie się jej tak po prostu.


Kolejnymi produktami w denku są kosmetyki do włosów.
Znany Wam wszystkim suchy szampon marki Batiste. Mój wybór padł tym razem na zamknięty w uroczym opakowaniu z matrioszkami wariant swet & delicious, sweetie. Jak możecie się domyślać, miał słodki, nieco mdły zapach. Dla mnie trochę przesadzony i zdecydowanie na ten rodzaj się już nie zdecyduję. Swoją funkcję, czyli odświeżenie włosów spełniał jak zawsze perfekcyjnie.

Drugim produktem jest szampon z odżywką od marki Timotei. Przyjemny, świeży zapach ogórka. Dobrze oczyszcza skórę głowy. Niestety z powodu, że jest to kosmetyk 2 w 1, moje włosy po myciu były mocno obciążone i szybko stawały się tłuste. Nie sięgnę więcej po ten produkt. Może sprawdzi się u osób, które mają przesuszone włosy i skórę głowy, ale nie działa tak jak powinien u osób z tendencją do przetłuszczających się włosów.


cof
Kosmetyki pielęgnacyjne do dłoni, a konkretnie mydła do rąk w płynie i piance.
Pierwsze dwa są z Palmolive wersja z maliną oraz jaśminem. Bardzo dobrze oczyszczają skórę dłoni i jej nie przesuszają. Jedyne, co mogę im zarzucić to fakt, że są nieco mało wydajne. Mimo że tworzą dużo piany z małej ilości płynu, to po 2 tygodniach opakowanie jest puste, a w przypadku mleczek myjących do dłoni i tradycyjnych mydeł w płynie starczają mi na około 3 tygodnie.

Linda Prestige to mydełko do rąk z Biedronki. Bardzo lubię produkty tej marki, zdecydowanie te do pielęgnacji dłoni. Tutaj wydajność zdecydowanie lepsza. Nie wysusza skóry, a dodatkowo pozostawia orzeźwiający, cytrusowy zapach. W porównaniu z opisywanymi wyżej zdecydowanie lepiej ze stosunkiem cena-jakość.


Przyszła kolej na zużyte żele pod prysznic. Pierwszy z nich marki Yves Rocher o zapachu poziomkowym. Uwielbiam żele tej marki. Dobrze się pienią, bardzo przyjemnie pachną, a zapach utrzymuje się do kilku godzin po prysznicu. Dodatkowo przy pielęgnacji tym produktem skóra jest znacznie bardziej odżywiona oraz rzadziej występują jakiekolwiek przesuszenia. Żałuję jedynie, że szybko się kończy.
Pierwszy od dawna żel od marki Le peite Marseillais, który zagościł w mojej szafce w łazience. Rozświetla skórę i świetnie sprawdza się w duecie z balsamem do ciała z tej samej serii ze skrzącymi drobinkami. Jest bardzo wydajny i ma przyjemny zapach. Po prysznicu zostawia lekką, szybko wchłaniającą się oliwkową powłokę.
Żele marki Be Beauty z Biedronki również są moimi faworytami. Bardzo tanie i dobre produkty. Ten w wariancie owoców leśnych przepięknie pachniał. Jednak wydaje mi się, że nieco wysusza skórę i dla osób z wrażliwą cerą nie będzie dobrym wyborem.
Tropical Mango marki Cien prosto z Lidla. Cudowny zapach na prysznic latem. Przywodzi na myśl tropikalną wyspę i orzeźwiające drinki. Idealny na poranny, szybki prysznic. Bardzo wydajny.


Peelingi do ciała, z którym ulubieńcem został wariant z różą i baobabem z mydlarni cztery szpaki. Bardzo dobrze usuwa martwy naskórek. Peeling jest wzbogacony o olejki i po stosowaniu kosmetyku na skórze zostaje przyjemnie pachnąca powłoka. Nie wchłania się ona szybko, ale dobrze działa na naszą skórę. Najlepiej stosować go na noc. Jest bardzo wydajny, bo odrobina starcza, by pokryć duży obszar ciała.
Drugim z kosmetyków jest peeling z Organic Shop o zapachu papai. Nie wpływa on tak doskonale na naszą skórę, jak jego poprzednik, ale w cenie 7 zł za opakowanie nie powinnyśmy oczekiwać cudów. Przyjemnie pachnie, ale zapach nie utrzymuje się długo. Nie jest gruboziarnisty, ale delikatnie złuszcza naskórek. Jest mniej wydajny, ale dla osób o mało wymagającej skórze będzie działał dobrze.
Ostatnim produktem jest peeling marki Balea o zapachu melona. Powiem szerze, że nieco słodki i mdlący zapach. Spodziewałam się zupełnie innego zapachu. Przypomina on bardzo dojrzałego, żółtego melona. Bardzo drobne ziarenka do peelingu. Nie jest on efektowny, a by dał dobry efekt na skórze, trzeba mocno się postarać. Opakowanie jest mało funkcjonalne. Nie kupię ponownie tej wersji. Resztę peelingów z Balei wspominam dobrze.


Zacznijmy od produktu, który zupełnie nie pasuje do dwóch pozostałych, czyli do płynu do higieny intymnej.
Ziaja Intima kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem laktobionowym regenerująco-łagodzący.
Mój zdecydowany must-have, jeżeli chodzi o higienę okolic intymnych. Jestem w trakcie zużywania drugiego opakowania tego żelu. Jego zaletą jest praktyczne opakowanie z pompką, dobra wydajność, a przede wszystkim fakt, że jest idealnie dopasowany do wrażliwej skóry. Jego stosowanie nie powoduje podrażnień. To już moje drugie zużyte opakowanie.
Pianka myjąca z cytryną i melisą od Cos Nature. Internetowy, chwilowy hit, obok którego nie mogłam przejść obojętnie. Nie żałuję tego zakupu. Bardzo dobrze oczyszcza skórę twarzy, nie podrażnia jej. Daje efekt odświeżenia. Uwielbiam poranną pielęgnację z tym produktem. Nie sprawdza się przy zmywaniu makijażu.
Płyn micelarny do demakijaży od Herbal Care z bławatkiem i bawełną. Delikatny, idealnie nadaje się nawet do demakijażu oczu. Dobrze usuwa makijaż i świetnie radzi sobie nawet z bardzo napigmentowanymi szminkami i podkładem. Nie wysusza cery i nie powoduje podrażnień.



Ostatnie rzeczy z sierpniowego denka to maseczka w płachcie z wyciągiem z drzewa herbacianego marki Secriss i plaster na nos z uroczą ośmiorniczką od Tony Moly. Uwielbiam kosmetyki z drzewem herbacianym, dobrze oczyszczają skórę, dezynfekują i sprawiają, że rany goją się szybciej. Wszelkie niespodzianki robią się mniej widoczne i goją się zdecydowanie szybciej. Dlatego w mojej kosmetyczce często znajdziecie sam olejek, jak i kosmetyki na jego bazie. Maseczka dobrze się sprawdza, ma intensywny i specyficzny, ostry zapach. Po zastosowaniu skóra staje się jędrniejsza i jest bardziej oczyszczona.
Plaster na nos usuwa widocznie zanieczyszczenia. Po jego oderwaniu widoczne są „wyciągnięte” zaskórniki. Ja przed rozpoczęciem całego zabiegu przykładam dobrze nasączony ciepłą wodą ręcznik, by nieco otworzyć pory. Następnie nalepiam dokładnie wzór i czekam, aż wyschnie. Zaczynając od nasady, nos szybkim ruchem zrywam plaster. Tak najskuteczniej pozbędziecie się, jak największej ilości zaskórników. Plastry z ośmiorniczką są do tej pory moimi faworytami w tego typu produktach.
Denko koniec roku 2017.

maja 01, 2018

Denko koniec roku 2017.



Rok 2017 daleko już za nami, a zaczęłam pisać dla Was tego posta, jak chylił się ku końcowi. Ostatnio nawet nie wiem co to czas wolny, a moje zajęcia pochłaniają mi tyle energii, że jedyne, o czym marzę to mięciutkie łóżeczko, w którym można zaleźć ukojenie po ciężkiej pracy. Majówka na szczęście nieco luźniejsza niż zwykle i całe dwa dni wolnego. Muszę nadgonić blogowe zaległości, nieco uprzątnąć moją norkę i ogarnąć dwa króliczki. Moje stadko nieco się powiększyło, ale i tym opowiem Wam innym razem.

Przejdźmy do meritum, czyli jakie produkty kosmetyczne udało mi się wykończyć pod koniec zeszłego roku. Jak widzicie na zdjęciu, trochę się tego nazbierało, a sama nie wiem jakim cudem, bo czasu na zużywanie mazideł też nie było zbyt wiele.


Zacznijmy od żeli pod prysznic, idąc od lewej strony:

Żel pod prysznic i szampon dla dzieci 2w1 Trolls Poppy.
Jako żel sprawdza się bardzo dobrze. Ma gęstą, mocno pieniącą się konsystencję i obłędnie, trukawkowo pachnie. Wydajność oceniam jako bardzo dobrą, bo starczył mi na około miesiąc codziennego używania. Przy mojej delikatnej skórze głowy nie odważyłam się zastosować go jako szamponu. Poza tym produkty do pielęgnacji włosów dzieci nie są przeznaczone dla osób dorosłych, bo wysuszają skórę głowy. Zawsze po stosowaniu tego typu produktów mam później problem, by moje włosy powróciły do dobrej kondycji.

Żel pod prysznic marki Elkos o zapachu Mango i Ananasa.
Uwielbiam warianty zapachowe tej marki. Opakowania sprawiają, że nie mogę obojętnie przewinąć strony i zawsze przy zamawianiu niemieckich produktów parę tych żeli trafia mi do koszyka. Zwykle zamawiam na mojedrogeria.eu z masą płynów do płukania. Nie jest bardzo gęsty, a jego wydajność to około 2 tygodnia, ale za 4 zł to i tak nie najgorszy wynik. Bardzo ładnie pachnie, ale zapach nie utrzymuje się na długo. Zawsze przy jego stosowaniu towarzyszy mi aromatyczny balsam do ciała, bo uwielbiam wychodzić z łazienki po prysznicu pachnąca. Oceniam jako dobry, ale bez szczególnego zachwytu.

Żel pod prysznic i szampon dla dzieci 2w1 edycja limitowana z potworami z Ulicy Sezamkowej.
Tak jak w przypadku żelu i szamponu dla dzieci Trolls używałam go jedynie jako produktu do mycia ciała, a nie włosów. Ładnie truskawkowo pachnie. Dobrze się pieni i jego wydajność jest jak innych żeli pod prysznic tej marki, czyli około 2 tygodnie. Zapach dłużej utrzymuje się na skórze niż wersji standardowych, ale dla mnie wciąż jest zbyt mało intensywny i za szybko się ulatnia.

Żel pod prysznic marki Balea w wersji arbuzowej.
Doskonale wiecie, że jestem fanką tej niemieckiej marki kosmetyków. Zapach tego żelu pod prysznic pobił wszystkie dostępne tu opcje. Jest bardzo orzeźwiający, a w duecie z melonowym peelingiem do ciała tej marki pozostawiał bardzo przyjemny zapach na skórze. Wydajność to około 2 tygodnie. Polecam do stosowania przy porannych prysznicach, bo zapach szybko potrafi obudzić.



Kolejna partia kosmetyków, która umili nam pobyt pod prysznicem. tym razem nieco bardziej naturalniej i zdecydowanie hypoalergicznie:

Hypoalergiczny żel pod prysznic marki Joanna z prowitaminą B5.
Żel w pełni spełnił moje oczekiwania. Jest bardzo delikatny, prawie bezzapachowy oraz wydajny, bo starczył na około miesiąc używania. Dobrze się pieni i sprawia, że nasza skóra jest na prawdę delikatna. Polecam osobom z problemami skórnymi.

Ekologiczny peeling do ciała drobnoziarnisty z olejkiem arganowym od Laboratorium Joanna.
Peeling do ciała, który zdecydowanie polecam. Uwielbiam maluchy od Joanny, które bardzo ładnie pachną i dobrze zdzierają martwy naskórek. Te w wersji BIO czy też EKO stanęły na wysokości zadania i jestem zadowolona zarówno z wersji drobno jak i gruboziarnistych. Ten wariant przyjemnie, ale nienachalnie pachnie. Zdecydowanie polecam stosowanie na noc, bo koi zmysły i przygotowuje nas do odżywczego snu. Po stosowaniu skóra jest bardzo delikatna w dotyku.

Hypoalergiczny szampon marki Joanna z prowitaminą B5.
Niestety w temacie szamponów muszę zdecydowanie uważać, bo wiele marek mnie uczula. Tutaj mogę powiedzieć szczerze, że z pewnością produkt ten może być używany przez alergików oraz osoby z problematyczną skórą głowy. Nie powodował on u mnie swędzenia, pieczenia, łupieżu oraz innych przykrych dolegliwości, które mam przy używaniu np. szamponów marki Garnier czy też Head&Shoulders. Jedynym moim zastrzeżeniem jest fakt, że w duecie do niego konieczna jest dobra odżywka oraz maska do włosów, bo nieco wysusza końce włosów.


Dalej pozostajemy w dziedzinie higieny osobistej:

Mydło do rąk w płynie biedronkowej marki Linda w wariancie oliwkowym.
Muszę przyznać, że polubiłam mydła do rąk marki Linda z Biedronki i chętnie po nie sięgam. Zdecydowanie wolę edycje limitowane, które mają ładne opakowania, ale stwierdziłam, że sięgnę po tę standardową wersję. Kremowe i ładnie pachnące, wydajne, a przede wszystkim tanie. Dobrze myje i ładnie się pieni. Nie wiem, czego jeszcze można wymagać.

Monoi de Tahiti Szampon-żel pod prysznic od Yves Rocher.
Uwielbiam produkty kosmetyczne, które dają nam namiastkę lata w środku zimy. Ten produkt zużywałam w grudniu i jak wszystkie żele marki Yves Rocher obłędnie pachniał, a zapach na długo utrzymywał się na skórze. Polecam używać w duecie z mgiełką do ciała z tej samej serii. Teraz jako nowość marka oferuje na swojej stronie wersję marakuja. Koniecznie muszę spróbować.

Ziaja Intima kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem laktobionowym regenerująco-łagodzący.
Mój zdecydowany must-have, jeżeli chodzi o higienę okolic intymnych. Jestem w trakcie zużywania drugiego opakowania tego żelu. Jego zaletą jest praktyczne opakowanie z pompką, dobra wydajność, a przede wszystkim fakt, że jest idealnie dopasowany do wrażliwej skóry. Jego stosowanie nie powoduje podrażnień.



Kilka produktów do pielęgnacji twarzy:

Ziaja naturalne, oliwkowe mleczko do demakijażu oczu i oczyszczania twarzy.
Bardzo dobre mleczko do demakijażu, które poradzi sobie z wodoodpornymi tuszami, podkładem oraz nawet bardzo trwałym eyelinerem. Łatwo usuwa makijaż i nie powoduje podrażnień. Nie polecam dla osób z wrażliwymi oczami, bo jednak nadmiar produktu, jeśli dostanie się do oczu, to lubi powodować dyskomfort. Produkt bardzo wydajny, bo towarzyszył mi ponad miesiąc.

Maseczka typu Sleeping od marki A'pieu w wersji z wyciągiem z drzewa herbacianego.
Kosmetyki koreańskie zyskały ostatnimi czasy bardzo dużą sławę i to moim zdaniem nie bez powodu. Sama chętnie po nie sięgam. Ten produkt ma konsystencję przeźroczystego żelu, który po aplikację na twarz daję efekt kojący. Pomagał mi w walce z problemami skórnymi. Wyciąg z drzewa herbacianego ma właściwości bakteriobójcze i usprawnia proces regeneracyjny naskórka. Zdecydowanie zauważyłam poprawę kondycji skóry twarzy, lepszą jej elastyczność oraz mniejszą skłonność do wyprysków. Cena też nie była wygórowana, bo zapłaciłam za tą maseczkę około 4 $, czyli jakieś niecałe 20 zł już z wliczoną przesyłką.

Olejek z wyciągiem z drzewa herbacianego od Skinfood.
Kolejny produkt, który wspomagał moją twarz w walce z niechcianymi czerwonymi punkcikami. Bardzo polubiłam ten produkt i stosowany punktowo zdecydowanie zmniejszał zaczerwienienia i pomagał w procesie gojenia. Polecam dla osób ze skórą trądzikową.


Maseczki, maski i paski na nos:

Estemedis, regenerująca maska do dłoni.
Kolejny Biedronkowy produkt w tym zestawieniu. Uwielbiam stosowanie silnie regenerujących specyfików do dłoni, które pozwalają w krótkim czasie przywrócić miękkość naszym rączkom. Produkt ten jak najbardziej spełnił moje oczekiwania, bo po niespełna godzinie w masce, a następnie wtarciu produkty w dłonie i kilkugodzinnym śnie moje łapki były jak nowo narodzone. Zdecydowanie polecam.

Maska do stóp marki It's Sikin z limitowanej edycji z postaciami z Ulicy Sezamkowej.
Maska do stóp z podobizną Elmo. Tak jak w przypadku maseczki do dłoni, o której już pisałam, skarpetki mają na sobie ikonki z serduszkami i podobiznami postaci z Ulicy Sezamkowej. Ładny design i przepiękny morelowy zapach sprawiły, że polubiłam ten produkt. Skóra na naszych stopach po zastosowaniu jest widocznie odżywiona i zregenerowana. Polecam szczególnie po wykonaniu peelingu, żeby produkt lepiej się wchłonął.

Maska w płachcie (sheet mask) z Olafem z edycji limitowanej marki the Saem w wersji Grejpfrutowej.
Miałam do czynienia z tym wariantem zapachowym przy użyciu maseczki w płachcie marki Tony Moly z Pokemonowej edycji. Zapach był identyczny, czyli mocno cytrusowy i orzeźwiający. Po zastosowaniu nasza skóra jest widocznie bardziej napięta, ale co do odżywienia miałabym zastrzeżenia. Fajna maseczka, jeśli chodzi o chwilę relaksu i ładnego zapachu, ale zdecydowanie nie nadaje się dla osób wymagających regeneracji cery.

Paski na nos 3 kroki od marki The Face Shop z edycji limitowanej The Simpsons.
Lubię paski na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z powierzchni naszego nosa. Warianty w trzech krokach są moim zdaniem najlepsze. Pierwszy etap polega na otwarciu porów, drugi na wyciągnięciu zanieczyszczeń, a trzeci na łagodzeniu podrażnień i zamknięciu otworów. Jednak ten wariant niespecjalnie się spisał. Bardziej polecam paski w trzech krokach z marki Elizavecca.

Tako Pore One Shot Nose Pack plastry na nos od Tony Moly.
Tutaj przyznaję, że przepadłam, gdy zobaczyłam opakowanie i musiałam je mieć. Zdecydowaną ich przewagą jest innowacyjność połączenia plastrów na nos oraz dole okolice czoła. Bardzo ładnie wyciągają wszystkie zanieczyszczenia. Stosowane w zestawie z bąblową maseczką i stickiem do zaskórników przynoszą naprawdę widoczne rezultaty. Polecam.

Produkty, o których już pisałam w poprzednich denkach:

Plastry oczyszczające nos z lawą wulkaniczną z limitowanej serii The Simpsons firmy The face shop.
Ostatni z zestawu plastrów na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z nosa i oczyszczanie. Bez wcześniejszego rozluźnienia porów nie ma sensu się za to brać, bo efekt jest naprawdę mizerny. Jednak, gdy przyłożymy do naszego nosa szmatkę z letnią wodą i potrzymamy chwilę, a następnie zastosujemy plaster zgodnie z zaleceniami producenta, to efekty są zauważalne. Może nie bardzo spektakularne, ale zauważalne gołym okiem. Oceniam na plus, lecz chyba bardziej jestem zwolenniczką zestawów w trzech krokach. Widzę wtedy większą różnicę.

Maseczka w płachcie Missha drzewo herbaciane (Missha Pure Source Cell Sheet Mask Tea Tree).
Skusiły mnie również maseczki marki Missha w promocyjnej cenie. Zestaw pięciu kosztował mnie koło 4,20 $. Wybrałam opcję z drzewem herbacianym. Ostatnio coraz częściej sięgam po kosmetyki, których głównym składnikiem jest wyciąg z tej rośliny. Zauważam, że ma on pozytywne oddziaływanie na moją skórę. Maseczki jednak są przeciętne. Dość cienki materiał nieco utrudnia nałożenie na twarz i lubi w niektórych miejscach najzwyczajniej odstawać. Jednak jeśli chodzi o działanie, to nieco wycisza stany zapalne powstałe na skórze. Więc gdyby tylko wykonanie było nieco solidniejsze, to byłyby to jedne z moich ideałów.


Na koniec produkty z różnych bajek:

Hydrolat z róży damasceńskiej od Mydlarni Cztery Szpaki.
Pierwszy produkt tej marki, który przykuł moją uwagę. Kupiłam go w krakowskim pigmencie i nie żałuję ani grosza wydanego na ten hydrolat. Pierwszy raz miałam styczność z tak uniwersalnym naturalnym kosmetykiem, który pięknie przy tym pachniał. Stosowałam go jako mgiełkę do ciała, włosów i twarzy. Bardzo ładnie odświeża skórę i ją oczyszcza. Minusem jest krótka data ważności, ale przy codziennym stosowaniu spokojnie jesteśmy w stanie zużyć całość produktu. Chętnie sięgnę po inne warianty lub wrócę do tego.

Woda toaletowa It's Wild Playboy.
Nie lubię zapachów od marki Playboy, bo zwykle są zbyt słodkie i intensywne do tego stopnia, że potrafi mnie od nich rozboleć głowa. Jedyny wariant, jaki do tej pory mi odpowiada to panterkowa wersja It's Wild. Zapach nie jest przesłodzony, choć ma w sobie karmelowe nuty. Nie dajcie się zmylić, bo w przypadku żelu pod prysznic jest ona zdecydowanie intensywniejsza. Zapach utrzymuję się kilka godzin.

Cushion z wersji limitowanej "Gdzie jest Nemo" od marki The Saem.
Marka The Saem to jedna z tańszych marek, jeśli chodzi o koreańskie kosmetyki kolorowe. Limitowaną edycją z filmu „Gdzie jest Nemo” trafili moim zdaniem w dziesiątkę. Jestem zadowolona z wszystkich produktów, które kupiłam. Mój pierwszy w całości zużyty cushion. Bardzo dobrze kryjący, z filtrem przeciwsłonecznym, nawilżający skórę. Nie sądziłam, że stosowanie jakiegokolwiek kosmetyku kolorowego może być tak łatwe i nie obciążać naszej skóry. Przy pomocy gąbeczki z zestawu nanosimy produkt i niepotrzebny jest nam beautyblender, by uzyskać pożądany efekt. Rewelacja. Do osób, które nigdy nie używały tego typu produktu, mogę powiedzieć tylko jedno, że musicie to, czym prędzej zmienić. Zastosujecie raz i już nigdy nie sięgniecie po zwykły, drogeryjny podkład.

To już koniec denka z końca 2017 roku. Szykujcie się na kolejne już niebawem. Będzie ono obejmować pierwszy kwartał 2018. Mam nadzieję, że nieco pomogłam Wam w drogeryjnych dylematach. Jeśli stosowałyście którykolwiek z produktów z powyższego denka będzie mi bardzo miło, jeżeli wypowiecie się na jego temat w komentarzu. Który kosmetyk szczególnie przykuł Waszą uwagę?
Denko lipiec 2017.

września 17, 2017

Denko lipiec 2017.



Denko z lipca uważam za wyjątkowo udane. Sporo kosmetyków zostało zużytych. Może proporcje między nabytkami a wyzerowanymi opakowaniami nadal nie zostały zachowane, jednak cieszę się, że jest ich aż tyle. 13 pełnowymiarowych opakować, 5 maseczek oraz 4 próbki - oto bilans zużyć lipca. Z tymi ostatnimi walczę zaciekle, a mimo to ich kolekcja powiększa się w niesamowitym tempie.



Zacznijmy od produktów do włosów, które zużyłam w lipcu:

Biolaven, Szampon do włosów.
Pokuszę się o stwierdzenie, że był to najlepszy szampon, jaki używałam w moim życiu. Idealnie nadaje się do wrażliwej skóry głowy. Dobrze myje i odświeża włosy. Niestety mam problem z przetłuszczaniem i skłonnością do łupieżu. Przy używaniu tego szamponu żaden z tych symptomów się nie pojawił, a wręcz przeciwnie zostały one zniwelowany do zera. Produkt ma bardzo przyjemny, lekko lawendowy zapach. Nie od dziś wiadomo, że tego typu wonie pomagają w zrelaksowaniu się oraz spokojnym śnie. Myjąc głowę przed spaniem, zawsze nie mogłam "nawąchać" się tego zapachu. Z pewnością kupię następne opakowanie, gdy tylko nieco uszczuplę swoje zapasy szamponów. 

Aussie, Miracle Recharge, Frizz Remedy Light Weight Conditioning Spray (Odżywka w sprayu do włosów potrzebujących wygładzenia).
Mgiełka przeżyła ze mną niejedno. Szczerze przyznam, że nawet nie pamiętam, od kiedy jej używam. Rzadko po nią sięgałam, ale zupełnie nie potrafię określić dlaczego. Dość przyjemnie pachnie, ułatwia rozczesywanie włosów, ale nie widzę żadnej znaczącej poprawy kondycji włosów. Temat zakończony i nie kupię ponownie, bo może dla normalnych włosów sprawdzi się ona doskonale, ale jednak na moje rozjaśniane końce nie jest ona wystarczająco dobrym produktem. 

Organic Shop, Maska do włosów Awokado i miód (Avocado & Honey, Hair Mask).
Uwielbiam połączenie awokado i miodu. Sądzę, że są to dwa składniki, które moje włosy wręcz pochłaniają. Nie inaczej było z tym produktem. Świetnie odżywiał moje włosy. Pozostawiał delikatny, przyjemny zapach, który jednak szybko się ulatniał. Jeśli macie mocniej pachnący szampon to aromat tego produktu zostanie zupełnie stłamszony. Kondycja moich włosów znacząco się poprawiła. Zdecydowanie kupię ponownie. Może skuszę się na test pozostałych wersji.



Linda, mydło do rąk jabłko i mięta.
Swego czasu uwielbiałam napój Tymbark o smaku jabłka i mięty. Dlatego chętnie sięgnęłam w Biedronce po mydło do rąk o tym zapachu. Jak zwykle nie zawiodłam się na tej marce. Mydło jest wydajne, dobrze myje, pozostawia świeży, ładny zapach na dłoniach oraz nie wysusza skóry. Niczego więcej nie wymagam od tego typu kosmetyku.

BALEA, Krem- pianka do rąk o zapachu tropikalnym.
Nie do końca byłam przekonana do pianek do rąk. Jednak od pewnego czasu uważam, że są lepsze niż tradycyjne mydła. Po pierwsze lepiej domywają ręce, a ich przewaga nad konkurentami polega głównie na większej wydajności. Zwykle mydło o takiej pojemności u mnie w mieszkaniu zużywane jest w ciągu dwóch tygodni. Ten produkt przetrwał trzy tygodnie, więc widzę różnicę. Ładny zapach owoców tropikalnych dość długo utrzymywał się na dłoniach. Produkt nie wysuszał skóry, a jego cudowny design cudownie prezentował się w łazience. Jak najbardziej kupię ponownie.

Krem do rąk z Pokomenowej edycji od Tony Moly - wersja z uroczym liskiem Eevee.
Krem do rąk szybko się wchłania i dobrze nawilża nasze dłonie. Kremy z tej kolekcji to nie jedynie ładnie wyglądające opakowania, ale także dobrej jakości kosmetyki pielęgnacyjne. Ta wersja ma zapach, według producenta, zasypki dziecięcej ja bardziej porównałabym ten aromat do nieco intensywniejszej woni kremu Nivea. Produkt szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Polecam jak najbardziej. Jedyny problem jest z dostępnością w Polsce, ale widziałam już go nawet w polskich sklepach internetowych z azjatyckimi kosmetykami.


Nerium AD Age Defying krem ​​na noc.
Krem jest prezentem od kochanej cioci zza oceanu. 
Pomału zaczynam zauważać u siebie lekkie zmarszczki i choć zdaję sobie sprawę, że jest to raczej nieuniknione to lepiej wcześniej pomóc cerze jeszcze dłużej zachować blask. Jednak nie z tego powodu zaintrygował mnie krem Nerium. Ma on naturalny skład i pomaga według wielu z bliznami potrądzikowymi. Zużyłam całe opakowanie i dość sumiennie go stosowałam. Produkt szybko się wchłania, lecz jego nieprzyjemny zapach utrzymuje się na skórze. Jego aromat przypomina mi wodorosty, glony, ewentualnie bardzo mokry mech w połączeniu z morskim powietrzem. Z pewnością nie jest zachęcający. Przyznam szczerze, że choć jest to dobry produkt, bo nieco niweluje przebarwienia i poprawia elastyczność skóry, to jednak nie jest on wart swojej ceny. Buteleczka, która starczyła mi na jakieś 2 miesiące, kosztuje ok. 80 euro w sklepach, które wysyłają do Polski. 

Yves Rocher Relaksujące mleczko do ciała lawenda & jeżyna.
Zdecydowanie mogę powiedzieć, że jestem fanką lawendowych zapachów przed snem. Pozwala mi ona się uspokoić i nastroić do regenerującego odpoczynku. Trudno jednak znaleźć kosmetyki, które nie zawierają dodatkowo chemicznych nut zapachowych i psują całą magię. W tym balsamie do ciała jednak producent osiągnął piękną kompozycję poprzez dodanie lawendy. Aromatem jestem zachwycona, a jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że utrzymuje się on spokojnie do czterech godzin na skórze. Mleczko szybko się wchłania, odpowiednio nawilża skórę i cudownie pachnie. Jednak dla osób, które mają bardzo suchą skórę, ten produkt nie będzie odpowiedni. Jeśli posiadasz normalną skórę i chcesz odpowiednio o nią zadbać, śmiało możesz sięgać po kosmetyki tej marki.


Joanna, Peeling myjący gruboziarnisty o zapachu mandarynki.
Pamiętam, że markę Joanna poznałam, kupując malutkie buteleczki z kolorowymi peelingami. Bardzo ucieszył mnie fakt, że będą nowe, naturalne kosmetyki tego typu. Niewielka buteleczka kryje w sobie dobry produkt, który żadnej z Was nie zawiedzie. Ja stosowałam go po żelu pod prysznic, trzy razy w tygodniu. Nabierałam niedużo produktu i rozmasowywałam na poszczególnych partiach ciała. Drobinki nie są bardzo ostre, ale skutecznie usuwają martwy naskórek. Zapach jest typowo cytrusowy. Polecam i na pewno sięgnę po kolejne.

Playboy, Play It Wild Żel pod prysznic.
Żel pod prysznic kupiony był w zestawie z perfumami o tym zapachu. Mogłoby się wydawać, że skoro perfumy uwielbiam, to tak samo będzie z żelem. Nic bardziej mylnego. Zapachy zupełnie się różnią. Perfuma ma słodkie nuty, ale ilość słodyczy w żelu przekroczyła normę. Uwielbiam karmel, ale po kilku prysznicach moja miłość nieco straciła na intensywności. Dokończyłam, ale sama nie wiem, jak tego dokonałam. Nigdy więcej nie sięgnę po ten żel.

Yves Rocher, Żel pod prysznic Grejpfrut z Florydy.
Ten produkt i żel pod prysznic opisany powyżej to niebo i ziemia. Zapach intensywnie grejpfrutowy, który idealnie nadawał się na poranne, szybkie prysznice. Rześki, pobudzający, idealny na lato. Dawał dawkę energii na cały dzień. Jedyny mankament to jego wydajność, którą niestety muszę ocenić jako marną. W przyszłe lato postaram się znaleźć jego godnego następcę, który pozostanie w mojej łazience nieco dłużej.


Essence, Multi Action Blackest Black Mascara) (Ultra czarny tusz do rzęs).
Kolejna maskara, która skończyła swój żywot. Markę essence lubię za przystępne ceny i dobrą jakość. Na początku przygody z tym tuszem byłam bardzo zadowolona, jednak po pewnym czasie nieustannie się kruszył i sklejał rzęsy. Nie zachwycił mnie niczym. Już zdecydowanie bardziej polecam wersje Princess. Tego typu tuszu z pewnością już nie kupię.

Under Twenty, Anti! Acne, Matujący krem BB o działaniu antybakteryjnym SPF 10.
Latem nie sięgam po podkład. Jedyne co mnie zadowala to lekkie kremy BB. Ten produkt zdecydowanie się sprawdził. Jest bardzo wydajny, średnio kryje, nie tworzy efektu maski, a co najważniejsze przy spotkaniu naszej twarzy ze słońcem lekko chroni przed promieniami słonecznymi. Polecam mimo wszystko sięgać po kremy z filtrem SPF50 i stosować je jako bazę. Na lato, na co dzień - produkt idealny.


Dermal, Mask Sheet z zieloną herbatą.
Jedna z maseczek, którą dostałam w gratisie do zamówienia w sklepie koreadepart. Bardzo przyjemny zapach, który od razu sugeruje, że głównym składnikiem jest zielona herbata. Płachta dobrze przylega do twarzy i jest dość cienka. Esencja pozostała w opakowaniu pozwoliła mi na dwudniowe posmarowanie sobie skóry na dekolcie. Skóra po zastosowaniu jest rozświetlona i dość napięta. Byłam zadowolona z rezultatów.

Mamonde, Floral Hydro Aqua Gel Mask Narcissus Water Holding System.
Pierwsza tego typu maseczka, jaką używałam. Po otwarciu opakowania wyjmujemy żelowy płat o stałej konsystencji rozmieszczony na siatce. Nakładając go na twarz mamy efekt chłodzenia. Przyjemny, lekki, kwiatowy zapach. Idealnie sprawdzi się przy zmęczonej skórze, w szczególności pomoże na cienie pod oczy. Mało esencji w środku. Po zabiegu zdecydowanie widoczny efekt promiennej cery.

Heynature, Rozjaśniająca maseczka w płachcie.
Kolejny gratis, który otrzymałam przy okazji zamówienia na koreadepart. Maseczka ma za zadanie rozjaśnić naszą cerę. Materiał, z którego ją wykonano, jest delikatny i cienki. Dość ciężko nakłada się ją na twarz. Jednak efekt po zdjęciu jest bardzo zadowalający, bo nasza cera jest naprawdę rozjaśniona.

Missha, Pure Source Cell Sheet Mask Drzewo Herbciane.
Promocje na ebayu śledzę niemalże codziennie i tak oto w ręce mi wpadł zestaw pięciu maseczek w płachcie od misshy z drzewem herbacianym. W codziennej pielęgnacji stosuję olejek z tego drzewa i skutecznie koi on moje zmiany zapalne. Zadowolona z efektów, jakie przynosi ten składnik, zdecydowałam się na ten rodzaj maseczek w płachcie. Wykonane z cienkiego materiału, który łatwo dopasować do twarzy. Mają charakterystyczny, lekko ostry, ziołowy zapach dla drzewa herbacianego. Po zastosowaniu nasze stany zapale lekko się uspokajają, ale nie zauważyłam cudownych rezultatów. Spodziewałam się czegoś lepszego.

Purederm, Ogórkowa maseczka typu Peel Off.
Na koniec maseczkowych wywodów pozostawiam zupełne rozczarowanie. W poprzednim denku pisałam o maseczce węglowej tej marki i byłam z niej zadowolona. Drugim razem przy okazji zakupów w biedronce niestety już nie znalazłam jej, ale za co w ręce mi wpadła ogórkowa wersja. Myślałam, że tak jak w przypadku poprzedniej będzie to czysta przyjemność. Po nałożeniu dość grubej warstwy na twarz, odczekałam zalecany czas i przystąpiłam do zrywania. Maseczka się rolowała, nie chciała w ogóle zastygnąć. Żelowa breja, jaka powstała na mojej twarzy była nie do zdarcia. Trudno się ją po przegranej walce również zmywało. Nie polecam.


Plastry oczyszczające nos z lawą wulkaniczną z limitowanej serii The Simpsons firmy The face shop. (kopia z poprzedniego denka)
Zużyłam dwie sztuki plastrów na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z nosa i oczyszczanie. Bez wcześniejszego rozluźnienia porów nie ma sensu się za to brać, bo efekt jest naprawdę mizerny. Jednak, gdy przyłożymy do naszego nosa szmatkę z letnią wodą i potrzymamy chwilę, a następnie zastosujemy plaster zgodnie z zaleceniami producenta, to efekty są zauważalne. Może nie bardzo spektakularne, ale zauważalne gołym okiem. Oceniam na plus, lecz chyba bardziej jestem zwolenniczką zestawów w trzech krokach. Widzę wtedy większą różnicę.

Próbki:
Tony Moly Goat Moisture Cream,
Zestaw Etude House Pink Vital Water.

Używałyście któregoś z tych produktów? Jakie wrażenia? Co chętnie byście przetestowały?
Denko maj 2017.

czerwca 24, 2017

Denko maj 2017.


Trochę późno, ale jak to się zwykło mówić "lepiej późno niż wcale". Przyznam szczerzę, że w maju jestem dumna ze swoich zużyć. Jak na jeden miesiąc jest ich dużo i nie czuję się winna z zakupów, które odbyły się w maju, a było ich sporo. Zdjęcie powyżej mówi same za siebie. Wiem, że pewnie część z Was oceni to jako normalne denko, a nawet całkiem małe, ale od dłuższego czasu borykałam się z problemem jedynie magazynowania kosmetyków, używania ich kilka razy i porzucania, więc teraz jak zdołałam odłożyć do swojego magicznego koszyczka wszelkie puste opakowania, sprawia mi to satysfakcję. Udało mi się zużyć 10 pełnowymiarowych produktów, 4 maseczki oraz 5 próbek.


Zacznijmy od produktów do rąk. W maju skończyłam dwa mydła, jedno z Isany drugie natomiast z Lindy oraz krem w kształcie uroczej Pandy z Tony Moly. Powiem szczerze, że zdecydowanie przy wizycie w Rossmannie będę musiała nabyć żel pod prysznic z Isany z serii podróże, bo mydło sprawdziło się bardzo dobrze. Ładny zapach, dobra wydajność i do tego idealna moim zdaniem konsystencja. Dodatkowo nie miałam problemu z wysuszonymi dłońmi podczas używania preparatu. Mydło marki Linda, które znajdziecie w Biedronce, też spisało się na medal. Tutaj bardzo na plus jest cytrusowy, orzeźwiający zapach i konsystencja lekkiego balsamu. Oba mydła serdecznie Wam polecam. Krem do rąk marki Tony Moly, czyli Panda's Dream White Hand Cream znajdziecie stacjonarnie w Sephorze, a online w prawie wszystkich sklepach z kosmetykami azjatyckimi. Czytelniczki na bieżąco śledzące mojego bloga wiedzą, że produkt ten był już dokładnie przeze mnie recenzowany a te, które znają mnie od niedawna, zapraszam do linku z opinią. W skrócie jest to uroczy stworek, a niego wnętrzu znajdziemy bardzo dobry krem nawilżający, który moim zdaniem zdecydowanie lepiej sprawdzi się lepiej latem niż zimą ze względu na swoją lekką konsystencję. 


Kolej na preparaty, które sprawiają, że pachniemy jak owoce. Mgiełka do ciała marki White Swan o zapachu czerwonych jagód. Najbardziej wyczuwalną nutą jest truskawka. Odświeża, a zapach utrzymuje się przez kilka godzin. Produkt jest wydajny. Zużycie go trwało jakieś 3 miesiące przy prawie codziennym używaniu. Balsam od Dairy fun sprawi, że będziesz pachnieć jak jagodowa babeczka. Nie jest to typowy, owocowy zapach. Określiłabym go raczej jako cukierkowy z wyczuwalną jagodową nutą. Dobrze i szybko się wchłania, pozostawiając naszą skórę nawilżoną. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego produktu to jego mało apetyczny siny kolor, ale po dokładnym rozsmarowaniu nie jest to zauważalne. Ostatnim z owocowych specyfików jest balsam do ciała marki Joanna z serii Sensual z proteinami jedwabiu, który moim zdaniem ma delikatny zapach brzoskwini. Jeden z lepszych balsamów, jakie dane mi było ostatnio używać. Więcej o tym produkcie znajdziecie w poście na temat całej linii Sensual.


Produkty, które ostatnio towarzyszyły mi pod prysznicem. Żel pod prysznic marki Isana, który pięknie, jeżynowo pachnie, dodatkowo dobrze się pieni i jest wydajny. Jak już wiecie z poprzednich denek, uwielbiam tę markę i nie zamierzam z niej rezygnować. Kolejnym produktem jest żel pod prysznic marki Balea z uroczym jednorożcem na opakowaniu. Pachnie on dla mnie maślanymi ciasteczkami, wydaje mi się, że ta opcja była nieco za słodka dla mnie, bo jestem bardziej fanką świeżych i owocowych zapachów, ale obok tego konika nie mogłam przejść obojętnie. Wydajność jest dobra i dobrze myje ciało. Żele tej marki proponuje Wam wypróbować, a już szczególnie osobom, które mają dostęp do DM. Tam można nabyć te żele w cenie około 1 euro. Ostatnim już produktem z tej kategorii jest moim zdaniem wisienka na torcie, czyli peeling myjący marki Perfecta z serii Natura effect. Kosmetyk ten zdobył sobie moją sympatię głównie dzięki zapachowi. Połączenie śliwki i wanilii dają oszałamiający efekt, a dodatkowo jego woń dość długo utrzymuje się na skórze. Jedyne moje zastrzeżenie to fakt, że wydajność jest bardzo słaba. Peeling ładnie złuszcza martwy naskórek i pomaga w utrzymaniu naszej skóry w dobrej kondycji.


Ostatnim z pełnowymiarowych produktów, które sięgnęły dna, jest pianka do oczyszczania twarzy z aloesem marki Holika Holika. Kupiłam ją na promocji w Drogerii Pigment. Dobrze się pieni i ładnie oczyszcza twarz. Jednak używając jej, musimy równocześnie stosować mocno nawilżające kremy, bo żel lekko przesusza skórę. Ma bardzo przyjemny, świeży zapach. Produkt jest wydajny, bo używając go niemalże codziennie, wytrzymał około 3 miesięcy. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, by oczyścić całą twarz. Najgorsze jednak jest wydobywanie produktu z opakowania pod koniec jego użytkowania. Plastik popękał i żel zaczął wyciekać bokami. To sprawiło, że już zdecydowanie nie zakupię tego produktu ponownie. Aloesowi mówię zdecydowane tak, ale spróbuję kosmetyków innej firmy.


Maseczki:

Maseczka w płachcie z Pokemonowej edycji od Tony Moly (Pikachu Moisture Mask Sheet)
Maseczka o delikatny zapachu. Na szczęście nie ma słodkiej, miodowej woni, bo tego się obawiałam. Raczej nie przepadam za dłuższym wdychaniem słodkich, mdłych zapachów. Ma za zadanie nawilżyć i odżywić naszą skórę. Po aplikacji nasza skóra jest widocznie odżywiona, a nadmiar pozostały po aplikacji, trzeba dokładnie wetrzeć w skórę. Prawie całość esencji została przyswojona przez moją twarz. Dobre nasączenie sprawia, że pozostałościami w uroczym opakowaniu możemy potraktować spokojnie jeszcze całą szyję. Maseczka jest gładka, nie ma żadnych motywów na sobie, a szkoda, bo chciałabym na moment być Pikachu. Koszt tej przyjemności z przesyłką to 1,5 $, więc jak na ten typ kosmetyku to całkiem niska cena. Zakupiona na ebayu.


Maseczka w płachcie z Pokemonowej edycji od Tony Moly Pikachu -Miód- Nawilżanie (TONY MOLY Pokemon Mask Sheet) 
Tak jak w przypadku poprzedniej maseczki bardzo delikatny zapach, tym razem nieco bardziej wyczuwalna woń plastrów miodu. Esencja jest dość mocno żelowa, a cała maseczka dość gruba, ale bardzo ładnie przylegająca do twarzy. Ogólnie całą serię tych Pokemonowych maseczek oceniam na plus. Urocze opakowania skrywają w sobie produkty naprawdę dobrej jakości. Koszt jednej maseczki to około 2 $. Zakupiona w zestawie na ebayu.

Maseczka w płachcie Missha drzewo herbaciane (Missha Pure Source Cell Sheet Mask Tea Tree) x 2
Skusiły mnie również maseczki marki Missha w promocyjnej cenie. Zestaw pięciu kosztował mnie koło 4,20 $. Wybrałam opcję z drzewem herbacianym. Ostatnio coraz częściej sięgam po kosmetyki, których głównym składnikiem jest wyciąg z tej rośliny. Zauważam, że ma on pozytywne oddziaływanie na moją skórę. Maseczki jednak są przeciętne. Dość cienki materiał nieco utrudnia nałożenie na twarz i lubi w niektórych miejscach najzwyczajniej odstawać. Jednak jeśli chodzi o działanie, to nieco wycisza stany zapalne powstałe na skórze. Więc, gdyby tylko wykonanie było nieco solidniejsze, to byłyby to jedne z moich ideałów.

Próbki:
Tony Moly serum z czarną herbatą (Tony Moly The Black Tea Serum)
Tony LAB Ac Control Acne Foam Cleanser
Benton Aloe Propolis Soothig Gel

Tony Moly krem pod oczy z czarną herbatą (London Classic Eye Cream)

Używałyście tych produktów? Może posiadacie własne opinie na ich temat?
Denko kwiecień 2017.

maja 11, 2017

Denko kwiecień 2017.


Po nowościach w mojej kosmetyczce w kwietniu nadszedł czas, by przedstawić, o jakie produkty pomniejszyło się już moje, spore zaplecze kosmetyczne. Nie ma tego niestety wiele. Dokładnie mamy 8 pełnowymiarowych produktów, 9 maseczek i 3 próbki. Jednak wiem, że maj będzie zdecydowanie bardziej owocny w zużycia, bo już mam odłożone kilka pustych opakowań.


Nie wyobrażam sobie braku w mojej kosmetyczce suchych szamponów marki Batiste. Od momentu, kiedy na stałe weszły w asortyment drogerii, zawsze mam jeden pod ręką. To chyba szóste zużyte opakowanie. Ostatnio skończyłam wersję Bare Natural & Light Dry Shampoo. Bardzo przyjemny, delikatny zapach. Tak jak w przypadku innych suchych szamponów marki produkt działa bezbłędnie. Używamy, tak samo jak lakieru do włosów, czyli trzymając spray w odpowiedniej odległości od naszej głowy, psikamy nieświeże włosy. Ja zawsze jeszcze lekko przecieram je suchym ręcznikiem, a na koniec dokładnie wyczesuje.

Kolejnym z produktów przeznaczonym do pielęgnacji włosów jest balsam myjący do włosów z betuliną od marki Sylveco. Produkt jest bardzo wydajny i dobrze myje włosy. Trzeba się jednak trochę namęczyć z jego pienieniem. Jest idealny dla osób z wrażliwą skórą głowy, bo zawiera jedynie naturalne składniki. Jednak przed jego zakupem powąchajcie balsam, bo niestety, ale zapach jest bardzo intensywny i ja musiałam się do niego długo przyzwyczajać.

Ostatnim sprzymierzeńcem w walce o moje piękne i zdrowe włosy jest mini szampon marki KLORANE, czyli szampon na bazie chininy i witamin B. Do kupienia w aptece Amica. Produkt jest bardzo gęsty i wydajny, bo taką buteleczką głowę umyłam około ośmiu razy. Pachnie ziołowo, ale nie intensywnie. Dobrze się pieni i nie podrażnia naszej skóry głowy. Po stosowaniu moje włosy były przyjemniejsze w dotyku i bardziej błyszczące. Zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania.


Po raz kolejny w moim denku możecie spotkać żel pod prysznic marki Isana. Tak jak wcześniej wspominałam, jestem ich fanką, bo są tanie, dobre i wydajne. W zeszłym miesiącu do kosza trafiła koala w tym miś panda o owocowym zapachu. Produkt ładnie się pieni, dobrze rozprowadza i nie wysusza skóry. Jedynym minusem jest fakt, że po kąpieli nie czuć już truskawkowej woni, ale i tak zwykle po prysznicu sięgam po balsam do ciała, więc dla mnie nie ma to większego znaczenia.

Zużycia obejmowały dwa pełnowymiarowe produkty marki Balea, czyli mydło w płynie sensitiv z aloesem oraz peeling do ciała jagody i magnolia. Tę niemiecką markę odkryłam kilka miesięcy temu dzięki dziewczynom z portalu urodowego DressCloud i od tamtej pory wiem, że na prawdę warto sięgać po produkty tej firmy. Można ją nieco porównać do wspomnianej już wcześniej Isany, ale opakowania i gama zapachowa jest o wiele bardziej urozmaicona. Wkład do mydła o aloesowym zapachu sprawdził się bardzo dobrze. Ładnie usuwa brud, dobrze się pieni, przyjemnie i delikatnie pachnie i jest wydajny. Dodatkowo dba o nawilżenie naszych dłoni. W zapachu peelingu do ciała byłam zakochana od pierwszego użycia silna nuta zapachowa magnolii i delikatne jagodowe akcenty uprzyjemniały mi prysznic przez ponad miesiąc. Można nieco porównać go do delikatniejszej wersji peelingu typowo cukrowego, który dobrze złuszcza martwy naskórek. Przy codziennym stosowaniu starczył mi na około 1,5 miesiąca, więc jest wydajny. Do jego minusów jednak zaliczyłabym zamknięcie opakowania, bo dwa razy złamałam na nim paznokieć, zanim doszłam do tego, jak skutecznie otwierać ten produkt.


Nie wiem, jak to się stało, ale schowałam do szafki z kosmetykami krem do rąk naszej rodzimej marki Vianek i o nim kompletnie zapomniałam. Jego recenzję publikowałam już na blogu i wiecie, że byłam z niego bardzo zadowolona. Jednak moja kolekcja kosmetyków pielęgnacyjnych do dłoni rozrasta się w takim tempie, że nie wiem, czy w najbliższym czasie zakupię ten sam lub podobny produkt. Obecnie testuję całą kolekcję pokemonową od Tony Moly i już mam upatrzone kolejne azjatyckie kremy do rąk, więc oby więcej zużyć w tej kategorii, bo wtedy z czystym sumieniem można nabywać nowości. Kolejną zachomikowaną resztką był kolejny krem z ziaji z serii liście manuka. Więcej o nim znajdziecie w poprzednim denku. Ostatnim z prezentowanych kosmetyków jest tusz do rzęs marki KOBO Professional - Ideal Volume, który już resztkami sił towarzyszył mi w kwietniu. Produkt cechuje mocna, czarna pigmentacja. Sprawia on, że nasze rzęsy są mocno pogrubione, więc kobiety, które stawiają na wydłużenie, nie będą z niego zadowolone. Polecam jako maskarę do zwykłych, dziennych makijaży.


W tym miesiącu dotarło do mnie kilka maseczek w płachcie, które na stałe wprowadziłam do swoich rytuałów pielęgnacyjnych. Dodatkowo zużyłam dwie gratisowe próbki, które dotarły do mnie wraz z zamówieniami. Muszę sukcesywnie testować, co mi tu dorzucają do przesyłek, bo koszyczek z próbkami pomału się przepełnia. Zużyłam wszystkie maseczki marki Balea i szczerze powiedziawszy, stawiam na koreańskie cuda.

Maseczki i próbki:

Recenzje maseczek Balea (melonowa i z minerałami z morza martwego) znajdziecie w poprzednim denku.

BALEA Maseczka biała herbata i wiśnia
Cudownie pachnący specyfik. Powiem szczerze, że chętnie zaopatrzyłabym się w balsam do ciała o takich właśnie zapachu. Maseczka ma kremowo-żelową konsystencję, czyli taką jak w przypadku melonowej. Po zmyciu skóra jest widocznie napięta i odżywiona.

Tony Moly Pokemonowa edycja maseczka w płachcie Charmander - Rozjaśnianie
Dobrze dopasowana maseczka w płachcie o cudownym grejpfrutowym zapachu. Ma za zadanie rozjaśnić naszą cerę. Po ściągnięciu jej z twarzy mamy uczucie głębokiego nawilżenia i cera jest bardziej promienna. Maseczka jest dobrze dopasowana, a nadmiar esencji spokojnie starcza nam na pokrycie szyi.

Tony Moly Pokemonowa edycja maseczka w płachcie Meowth - Odżywianie
Pokemonowy kot kryje w sobie odżywiającą maseczkę w płachcie o słodkim, waniliowym zapachu. Przez moment drażnił mnie ten zapach, bo nie jestem jego fanką, ale po chwili się przyzwyczaiłam i oddałam relaksowi.  Skóra widocznie odżywiona i bardzo gładka po aplikacji.

Sexy Look Maseczki w płachcie ze złymi charakterami
Na temat tych maseczek w najbliższym czasie będziecie mogli przeczytać post. Jestem z nich bardzo zadowolona. Czarne charaktery też mogą być pomocne w walce o ładną skórę, choć same podobizny na opakowaniach o tym nie świadczą.

MAKE P:REM próbka żelu do mycia twarzy
Bardzo dobrze pieniący się kosmetyk. Dokładnie oczyszcza naszą skórę i przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Ma neutralny zapach i jedną saszetką byłam w stanie pokryć pianą całą twarz. Sądzę, że pełnowymiarowe opakowanie jest bardzo wydajne.

PURITO Pure Hyaluronic ACID 90 Serum
Moja pierwsza i z pewnością nie ostatnia styczność z kosmetykiem na bazie kwasów. Esencję nałożyłam na noc i przyznam, że po przebudzeniu moja skóra wyglądała naprawdę świeżo i żaden nowy, nieproszony gość nie pojawił się na mojej twarzy, a ostatnio często mi się to zdarza. Spowodowane jest to głównie przez niewłaściwą dietę, przemęczenie oraz stres. Mam nadzieję, że sytuacja ulegnie szybko poprawie. Rozważam zakup pełnowymiarowego opakowania tego serum.

Tyle z mojego denka, a jak u Was minął kwiecień? Chętnie poczytam o tym, co udało się Wam zużyć w zeszłym miesiącu.

Denko luty i marzec 2017.

marca 31, 2017

Denko luty i marzec 2017.


Nie tylko samymi zakupami człowiek żyję. Ja niesamowicie cieszę się, gdy udaje mi się zużyć kosmetyk do końca. Wreszcie udało mi się założyć w szafce w łazience "denkowe pudełko" i skrupulatnie odkładać puste opakowania.  Lista produktów, które dosłownie wykończyłam w marcu i pod koniec lutego:
  1. Yope- figowe mydło do rąk
  2. Balea- mydło w płynie Pitaya & Cocos 
  3. Isana- Kremowy żel pod prysznic z ekstraktem z magnolii do skóry suchej Elegance
  4. Isana- Krem pod prysznic o orzeźwiającym zapachu Keep Calm
  5. Tołpa- Green Matujący żel-peeling do mycia twarzy
  6. Ziaja- Liście Manuka, Krem nawilżający balans korygująco-ściągający
  7. Natura Care- Regenerujący krem do rąk
  8. Cettua- Nose Strips, paski oczyszczające na nos
  9. Lovely- Tusz do rzęs Curling Pump Up Mascara 
  10. Skin79 - Clean-on 2 STEP nose pack 
  11. Natura care- Nawilżająca maseczka do twarzy
  12. Natura care- Oczyszczająca maseczka do twarzy
  13. Balea- Maseczka minerały z morza martwego 
  14. Balea- Maseczka -Melonowa Creme-Gel 


Jestem wielką fanką żeli pod prysznic marki Isana. Po pierwsze są tanie, a po drugie dobre. Te dwa powody moim zdaniem są przekonujące, by je nabyć i zużywać. Elegance ma kremową konsystencję i przyjemny, lekko kwitowy zapach. Wersja z Koalą jest cytrusowa, orzeźwiająca, idealna na poranne przebudzenie. Opakowanie z misiem kryje w sobie dość gęsty żel, który wydaje mi się, że jest wydajniejszy niż elegancka opcja. Oba zużyte z nieukrywaną przyjemnością.

Pracując z żywnością mam manię mycia rąk. Zużywam dość sporo pompkowych milusińskich i wkładów do nich. Figowego bażanta z Yope nie będę bliżej opisywać, ponieważ rozprawkę na jego temat możecie przeczytać już w jednym z poprzednich artykułów. Po pierwszej styczności z marką Balea jestem pewna, że to nie nasza ostatnia przygoda. Mydełko o zapachu pitaji i kokosa rozbudza zmysły, a po aplikacji kremu do rąk z tej samej serii byłam wniebowzięta. 


Matujący żel-peeling do mycia twarzy od tołpy zakupiłam w biedronce ok. 3 miesiące temu. Dzielnie czekał na swoją kolej. Bardzo ładnie oczyszcza, lecz jeśli chodzi o stosowanie go jako peeling, mówię zdecydowanie nie, bo drobinki są zbyt duże i jedynie lekko masują naszą cerę. Przyjemnie, świeżo pachnie i polecam stosowanie zarówno rano, jak i wieczorem. Wydajność oceniłabym jako dobrą, bo opakowanie starczyło mi na około półtora miesiąca. 

Krem nawilżający Liście Manuka z oczyszczającej serii od Ziaji. Mam w zapasie jeszcze jedno opakowanie, ale zaprzestałam stosowania i leżały sobie tak i czekały (aż sobie sklerotyczka o nich przypomni), więc w ostatnim miesiącu, gdy jego data ważności jeszcze nie przekroczyła deadline, postanowiłam, że wrócę do delikwentów. Lekki, szybko wchłaniający się produkt, z niskim filtrem przeciwsłonecznym. Dobrze sprawdza się jako baza pod makijaż. W lecie zamierzam sięgnąć jednak po coś z mocniejszą ochroną przed promieniami UVA i UVB. 

Krem do rąk od Natura Care, który pokochałam od pierwszego użycia i wychwalałam już na blogu. Sądzę, że jedna pieśń triumfalna wystarczy.


Z kolorówki mamy tylko jeden produkt, czyli kultową już żółtą maskarę od Lovely. O ile dobrze pamiętam to moje czwarte zużyte opakowanie. Maskara ładnie wydłuża i rozczesuje rzęsy. Spokojnie wytrzymuje cały dzień. Szkoda jedynie, że nie jest wodoodporna. Jednak w takiej cenie nie znajdziecie nic lepszego.

Maseczki i paski oczyszczające:
Cettua- Nose Strips, paski oczyszczające na nos
Dwa pierwsze spotkania to była totalna klęska. Kompletnie nic nie "wyciągnęły", a jedynie zostawiły trochę kleju na nosie. Jednak po oglądnięciu tutoriali na temat czarnych, cudownych masek z węglem zawsze dziewczyny "otwierały pory" przy pomocy ciepłego ręczniczka nałożonego na wybraną część twarzy. Postąpiłam tak samo, przykleiłam plasterek, lekko zwilżyłam i może nie było efektu "Wow", ale odrobinę zanieczyszczeń usunęły.

Skin79 - Clean-on 2 STEP nose pack 
Maseczka marki SKIN79 z jeżykiem. Zestaw dwóch płatków na nos ma na celu usunięcie naszych zanieczyszczeń skóry oraz działanie kojące na tę partię twarzy. Do kroku pierwszego, czyli oczyszczania mam pewne zastrzeżenia, bo mimo wcześniejszego otwarcia porów niewiele zaskórników "wyszło z nosa", może lepszym byłoby tu stwierdzenia "zostało wyrwanych". Jednak drugi krok, czyli kojący plaster żelowy już jak najbardziej przypadł mi do gustu i może jedynie w moim odczuciu, ale jednak zauważyłam, że moje zaskórniki zrobiły się jaśniejsze, a skóra na nosie ewidentnie odświeżona.

Balea- Maseczka minerały z morza martwego 
Maseczka ładnie pachnie, dosłownie czujemy jakbyśmy właśnie stali na brzegu morza. Zakwalifikowałabym tę woń do świeżych aromatów. Maska ma szary kolor i jest dość szorstka. Zmywając ten produkt, fundujemy sobie dobry peeling twarzy. Po zmyciu mazi nasza skóra jest widocznie odświeżona, promienna i delikatna w dotyku (zużyte na razie 1/2 maseczki, mam jeszcze drugą saszetkę). Jedna saszetka starcza na dokładnie jedną aplikację.

Balea- Maseczka -Melonowa Creme-Gel 
Przyjemnie, świeżo i owocowo pachnąca maseczka. Żelowa konsystencja sprawia, że mimo takiej samej objętości jak w przypadku produktu z minerałami z morza martwego, ten starcza na dwie aplikacje. Ładnie nawilża i odświeża skórę. Po zmyciu mamy lekki efekt ściągnięcia, ale szybko on mija. Zastrzeżenie dla osób z wrażliwą skórą, skłonną do alergii- może uczulać. Ja na szczęście nie mam żadnych negatywnych reakcji organizmu na produkty tej marki.

Natura care- Nawilżająca maseczka do twarzy
Nowe maseczki od Natura care. Pierwsza przeze mnie przetestowana, czyli nawadniająca ma za zadanie sprawić, by nasza skóra była gładka i nawilżona. Delikatnie pachnie. Nie zmywamy jej intensywnie wodą, lecz nadmiar ścieramy wacikiem z twarzy. Ładnie i szybko się wchłania, a po aplikacji nasza skóra wygląda świeżo. Jedna saszetka starcza na dokładnie jedną aplikację.

Natura care- Oczyszczająca maseczka do twarzy
Oczyszczająca maseczka ma dość intensywny zapach w ziołowym tonie. Zieloną papkę nakładamy na twarz i po 15 minutach zmywamy intensywnie wodą. Szczerze powiem, że skóra po niej oprócz tego, że jest ładnie odświeżona, to dodatkowo mniej widoczne stają się zaskórniki i wszelkie niedoskonałości. Zdecydowanie pomaga w uspokojeniu wszelkich stanów zapalnych skóry. Jedna saszetka starcza na dokładnie jedną aplikację.

Jak Wasze zużycia?
Znacie prezentowane prze zemnie produkty?
Copyright © Lifestyle by Ladyflower , Blogger