Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EMPTIES. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EMPTIES. Pokaż wszystkie posty
Denko kwiecień 2020.

maja 07, 2020

Denko kwiecień 2020.

Denko kwiecień 2020.
Czas na kolejne denko. Tym razem mini recenzje produktów podzielone są tygodniami. Zdecydowanie łatwiej mi tak stworzyć podsumowanie miesiąca. Patent od dziewczyn z DressCloud. Jestem zadowolona z tego denka. Jedyne co chciałabym zmienić to fakt, by pojawiło się w nim więcej maseczek do twarzy, bo notorycznie zapominam o ich stosowaniu.


Denko sierpień 2018.

maja 21, 2019

Denko sierpień 2018.



Tak jak już kilkukrotnie wspominałam mam niesamowite zaległości, jeżeli chodzi o denka wszelkiego rodzaju.
Te zużycia pochodzą jeszcze z sierpnia 2018. Pomyślcie same, ile mam do nadrobienia.
Szkoda, że mój wolny czas to pojęcie bardzo względne i czasem przez cały tydzień potrafię go prawie nie doświadczać.
Aktualnie rozłożona chorobą postaram się, może nieco nadrobić zaległości w tym temacie, a jest co uzupełnić od połowy roku 2018.

Zacznijmy od czterech kosmetyków kolorowych, z którymi się pożegnałam:
1. TONYMOLY Pokemon PURIN(Jigglypuff) Peach Pact SPF42 PA++ – puder prasowany.
2. Skin Marcaron Sugar Base Mint Chou (baza pod makijaż).
3. Transparentny puder utrwalający makijaż Artdeco Setting Powder Compact.
4. Paletka cieni Sleek Makeup OH SO SPECIAL.

Bardzo cieszy mnie fakt zużywania kosmetyków kolorowych, bo w ich przypadku opornie idzie mi denkowanie.
Wszystkie wymienione wyżej kosmetyki są na swój sposób wyjątkowe i czerpałam przyjemność z ich używania.

Puder prasowany w uroczym opakowaniu z Jigglypuff sprawdził się bardzo dobrze. Ładne wyrównywał koloryt cery, sprawiał, że cera do kilku godzin pozostawała matowa. Kosmetyk jest wyposażony w gąbeczkę, za pomocą której wklepanie produktu w twarz było dziecinnie proste, nie pozostawiając nadmiaru produktu w żadnym miejscu. Bardzo wydajny, bo przy codziennym używaniu starczył mi na ok. 3 miesiące. Nie zapychał porów i zawierał filtr przeciwsłoneczny.

Baza pod makijaż z ciasteczkowym potworkiem w kolorze miętowym też spisała się na medal. Po pierwsze ładnie ukrywała wszelkie przebarwienia na twarzy. Mini drobinki lekko rozjaśniały cerę. Przedłużała trwałość makijażu i sprawiała, że podkład lepiej i szybciej wtapiał się w cerę.

Transparentny puder utrwalający makijaż z Artdeco zamknięty w eleganckim opakowaniu to tylko wisienka na torcie w połączeniu z dwoma poprzednimi produktami. Używałam ich z cushionem marki The saem w codziennym makijażu i dawały olśniewający efekt. Puder ten bardzo dobrze sprawdza się jako wykończenie makijażu. Przedłuża matowość cery i wyrównuje koloryt. Zauważyłam, że przy jego stosowaniu zdecydowanie dłużej utrzymuje się makijaż. Odrobinę przypudrować matową pomadkę, a spędza na ustach już o kilka godzin więcej.

Ostatnia paletka cieni od Sleek Makeup, służyła mi kilka dobrych lat i, mimo że nie jest w całości zużyta, zmuszona jestem się z nią pożegnać. Jasne kolory w tej palecie często służyły mi do stworzenia dziennego makijażu. Bardzo dobra pigmentacja, kolory ładnie ze sobą współgrały. Lekko osypywały się ciemniejsze kolory, ale jak na taką cenę były naprawdę dobre jakościowo. Dodatkowo sentyment, jaki miałam do tej palety, jednak z pierwszych w mojej kolekcji, nie pozwalał mi na pozbycie się jej tak po prostu.


Kolejnymi produktami w denku są kosmetyki do włosów.
Znany Wam wszystkim suchy szampon marki Batiste. Mój wybór padł tym razem na zamknięty w uroczym opakowaniu z matrioszkami wariant swet & delicious, sweetie. Jak możecie się domyślać, miał słodki, nieco mdły zapach. Dla mnie trochę przesadzony i zdecydowanie na ten rodzaj się już nie zdecyduję. Swoją funkcję, czyli odświeżenie włosów spełniał jak zawsze perfekcyjnie.

Drugim produktem jest szampon z odżywką od marki Timotei. Przyjemny, świeży zapach ogórka. Dobrze oczyszcza skórę głowy. Niestety z powodu, że jest to kosmetyk 2 w 1, moje włosy po myciu były mocno obciążone i szybko stawały się tłuste. Nie sięgnę więcej po ten produkt. Może sprawdzi się u osób, które mają przesuszone włosy i skórę głowy, ale nie działa tak jak powinien u osób z tendencją do przetłuszczających się włosów.


cof
Kosmetyki pielęgnacyjne do dłoni, a konkretnie mydła do rąk w płynie i piance.
Pierwsze dwa są z Palmolive wersja z maliną oraz jaśminem. Bardzo dobrze oczyszczają skórę dłoni i jej nie przesuszają. Jedyne, co mogę im zarzucić to fakt, że są nieco mało wydajne. Mimo że tworzą dużo piany z małej ilości płynu, to po 2 tygodniach opakowanie jest puste, a w przypadku mleczek myjących do dłoni i tradycyjnych mydeł w płynie starczają mi na około 3 tygodnie.

Linda Prestige to mydełko do rąk z Biedronki. Bardzo lubię produkty tej marki, zdecydowanie te do pielęgnacji dłoni. Tutaj wydajność zdecydowanie lepsza. Nie wysusza skóry, a dodatkowo pozostawia orzeźwiający, cytrusowy zapach. W porównaniu z opisywanymi wyżej zdecydowanie lepiej ze stosunkiem cena-jakość.


Przyszła kolej na zużyte żele pod prysznic. Pierwszy z nich marki Yves Rocher o zapachu poziomkowym. Uwielbiam żele tej marki. Dobrze się pienią, bardzo przyjemnie pachną, a zapach utrzymuje się do kilku godzin po prysznicu. Dodatkowo przy pielęgnacji tym produktem skóra jest znacznie bardziej odżywiona oraz rzadziej występują jakiekolwiek przesuszenia. Żałuję jedynie, że szybko się kończy.
Pierwszy od dawna żel od marki Le peite Marseillais, który zagościł w mojej szafce w łazience. Rozświetla skórę i świetnie sprawdza się w duecie z balsamem do ciała z tej samej serii ze skrzącymi drobinkami. Jest bardzo wydajny i ma przyjemny zapach. Po prysznicu zostawia lekką, szybko wchłaniającą się oliwkową powłokę.
Żele marki Be Beauty z Biedronki również są moimi faworytami. Bardzo tanie i dobre produkty. Ten w wariancie owoców leśnych przepięknie pachniał. Jednak wydaje mi się, że nieco wysusza skórę i dla osób z wrażliwą cerą nie będzie dobrym wyborem.
Tropical Mango marki Cien prosto z Lidla. Cudowny zapach na prysznic latem. Przywodzi na myśl tropikalną wyspę i orzeźwiające drinki. Idealny na poranny, szybki prysznic. Bardzo wydajny.


Peelingi do ciała, z którym ulubieńcem został wariant z różą i baobabem z mydlarni cztery szpaki. Bardzo dobrze usuwa martwy naskórek. Peeling jest wzbogacony o olejki i po stosowaniu kosmetyku na skórze zostaje przyjemnie pachnąca powłoka. Nie wchłania się ona szybko, ale dobrze działa na naszą skórę. Najlepiej stosować go na noc. Jest bardzo wydajny, bo odrobina starcza, by pokryć duży obszar ciała.
Drugim z kosmetyków jest peeling z Organic Shop o zapachu papai. Nie wpływa on tak doskonale na naszą skórę, jak jego poprzednik, ale w cenie 7 zł za opakowanie nie powinnyśmy oczekiwać cudów. Przyjemnie pachnie, ale zapach nie utrzymuje się długo. Nie jest gruboziarnisty, ale delikatnie złuszcza naskórek. Jest mniej wydajny, ale dla osób o mało wymagającej skórze będzie działał dobrze.
Ostatnim produktem jest peeling marki Balea o zapachu melona. Powiem szerze, że nieco słodki i mdlący zapach. Spodziewałam się zupełnie innego zapachu. Przypomina on bardzo dojrzałego, żółtego melona. Bardzo drobne ziarenka do peelingu. Nie jest on efektowny, a by dał dobry efekt na skórze, trzeba mocno się postarać. Opakowanie jest mało funkcjonalne. Nie kupię ponownie tej wersji. Resztę peelingów z Balei wspominam dobrze.


Zacznijmy od produktu, który zupełnie nie pasuje do dwóch pozostałych, czyli do płynu do higieny intymnej.
Ziaja Intima kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem laktobionowym regenerująco-łagodzący.
Mój zdecydowany must-have, jeżeli chodzi o higienę okolic intymnych. Jestem w trakcie zużywania drugiego opakowania tego żelu. Jego zaletą jest praktyczne opakowanie z pompką, dobra wydajność, a przede wszystkim fakt, że jest idealnie dopasowany do wrażliwej skóry. Jego stosowanie nie powoduje podrażnień. To już moje drugie zużyte opakowanie.
Pianka myjąca z cytryną i melisą od Cos Nature. Internetowy, chwilowy hit, obok którego nie mogłam przejść obojętnie. Nie żałuję tego zakupu. Bardzo dobrze oczyszcza skórę twarzy, nie podrażnia jej. Daje efekt odświeżenia. Uwielbiam poranną pielęgnację z tym produktem. Nie sprawdza się przy zmywaniu makijażu.
Płyn micelarny do demakijaży od Herbal Care z bławatkiem i bawełną. Delikatny, idealnie nadaje się nawet do demakijażu oczu. Dobrze usuwa makijaż i świetnie radzi sobie nawet z bardzo napigmentowanymi szminkami i podkładem. Nie wysusza cery i nie powoduje podrażnień.



Ostatnie rzeczy z sierpniowego denka to maseczka w płachcie z wyciągiem z drzewa herbacianego marki Secriss i plaster na nos z uroczą ośmiorniczką od Tony Moly. Uwielbiam kosmetyki z drzewem herbacianym, dobrze oczyszczają skórę, dezynfekują i sprawiają, że rany goją się szybciej. Wszelkie niespodzianki robią się mniej widoczne i goją się zdecydowanie szybciej. Dlatego w mojej kosmetyczce często znajdziecie sam olejek, jak i kosmetyki na jego bazie. Maseczka dobrze się sprawdza, ma intensywny i specyficzny, ostry zapach. Po zastosowaniu skóra staje się jędrniejsza i jest bardziej oczyszczona.
Plaster na nos usuwa widocznie zanieczyszczenia. Po jego oderwaniu widoczne są „wyciągnięte” zaskórniki. Ja przed rozpoczęciem całego zabiegu przykładam dobrze nasączony ciepłą wodą ręcznik, by nieco otworzyć pory. Następnie nalepiam dokładnie wzór i czekam, aż wyschnie. Zaczynając od nasady, nos szybkim ruchem zrywam plaster. Tak najskuteczniej pozbędziecie się, jak największej ilości zaskórników. Plastry z ośmiorniczką są do tej pory moimi faworytami w tego typu produktach.
Denko czerwiec 2017.

sierpnia 26, 2017

Denko czerwiec 2017.


Niedawno o nowościach lipca, mamy sierpień, a ja dalej z zaległym denkiem czerwcowym. Zaczyna mi doskwierać chroniczny brak czasu na cokolwiek i martwi mnie ten fakt. Wiem jednak, że lato to najintensywniejszy okres w mojej pracy i już zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Dobra, przestaję marudzić i przedstawiam Wam moje zużycia z czerwca. Jak widzicie na zdjęciu powyżej, jest ich dość trochę i jestem z tego dumna. Wykończyłam dziesięć pełnowymiarowych opakowań, taką samą liczbę maseczek i 7 próbek i plastrów na nos. Nawet nie wiem, kiedy to się stało.


Niekonwencjonalnie zacznijmy od maseczek i próbek, a potem przejdziemy do pełnowymiarowych produktów. Na zdjęciu powyżej mamy:

Arbuzowa maseczka marki Flor de man (Essential Watermelon Juice!)
Maseczka w płachcie idealnie przylega do twarzy. Ma przyjemny, świeży, arbuzowy zapach. Jest to pierwsza maseczka tego typu, która była aż tak intensywnie nasączona esencją, która ma bardzo lekką konsystencję. Spokojnie przez dwa dni możemy używać jej jako serum do twarzy. Widocznie nawilża skórę i po aplikacji nasza twarz jest zdecydowanie odświeżona oraz przyjemna w dotyku.

Maseczka na dłonie w formie rękawic marki It's skin z limitowanej edycji Sesame Street.
Nie tylko opakowanie ma ładne, lecz również całe rękawiczki są pokryte serduszkami z oczami bohaterów tego serialu. Zewnętrzna ich strona jest pokryta czymś na wzór ceraty, a w środku znajduje się kompres, który nasączony jest esencją. Przy aplikacji sporym ułatwieniem jest fakt, że rękawiczki domykamy plastrami, które umożliwiają w miarę szczelne zamknięcie dłoni, a przez to efektywniejsze wchłanianie się specyfiku. Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem i oceniam je jak najbardziej na plus. Sam produkt bardzo ładnie pachnie morelami. Po około 30 min nasze dłonie są widocznie zdrowsze, skóra odżywiona i miękka w dotyku. Jak najbardziej polecam i to nie ze względu na jedynie ładny design, ale przede wszystkim z powodu cudownego działania.

Maseczka do stóp The Face Shop Disney CINDERELLA'S Glass Shoes Foot Mask.
W przypadku tej maseczki powierzchnia skarpetek jest gładka, bez żadnych nadruków. Bardzo intensywnie pachną mięta i zdecydowanie regenerują skórę na naszych stopach. Nie są to z pewnością skarpetki złuszczające, a jedynie maska, którą polecam zastosować po zrobieniu tradycyjnego peelingu stóp. Esencja zostanie wtedy lepiej wchłonięta. Wyczułam delikatny efekt chłodzący, więc na nasze ostatnie upały jest to idealny kosmetyk  do naszego małego, domowego SPA.

Węglowa maseczka typu Peel Off od marki Purederm. 
Ten specyfik zakupiłam w Biedronce i przyznam się, że byłam sceptycznie do niego nastawiona po recenzjach azjatyckich, czarnych maseczek  "do zrywania". Jednak nie zawiodłam się. Nie ma tu żadnego cudownego działania typu wyciągnięcie wszystkich zaskórników, a jedynie złuszczenie martwego naskórka i w tej dziedzinie sprawdziła się bardzo dobrze. Na tyle byłam zadowolona z efektu, że kupiłam wersję ogórkową, ale na tej drugiej czekało mnie już rozczarowanie. 

Plastry oczyszczające nos z lawą wulkaniczną z limitowanej serii The Simpsons firmy The face shop. 
Zużyłam trzy sztuki plastrów na nos, które mają za zadanie usuwanie zaskórników z nosa i oczyszczanie. Bez wcześniejszego rozluźnienia porów nie ma sensu się za to brać, bo efekt jest naprawdę mizerny. Jednak, gdy przyłożymy do naszego nosa szmatkę z letnią wodą i potrzymamy chwilę, a następnie zastosujemy plaster zgodnie z zaleceniami producenta, to efekty są zauważalne. Może nie bardzo spektakularne, ale zauważalne gołym okiem. Oceniam na plus, lecz chyba bardziej jestem zwolenniczką zestawów w trzech krokach. Widzę wtedy większą różnicę.

Marion Fit & Fresh maseczka ogórkowa przeznaczona do skóry tłustej i mieszanej z niedoskonałościami. 
Konsystencja maseczki jest dość tłusta. Nie wyobrażam sobie stosowania na noc, co proponuje producent. Jednak tradycyjne stosowanie, czyli aplikacja na 20 min na twarz i dekolt jest jak najbardziej ok. Po zabiegu cera jest jaśniejsza, widocznie odżywiona oraz nieco nazwałabym to "wyciszona", czyli moje niedoskonałości stały się mniej widoczne. Dodatkowo przepięknie pachnie świeżym, zielonym ogórkiem. Zapach jest kropka w kropkę taki jak przy krojeniu prawdziwego warzywa. Cena jest atrakcyjna (ok. 2 zł), lecz powiem szczerze, że dość długo się za nimi rozglądałam. Polecam z całego serca. Według producenta najlepiej stosować 2-3 razy w tygodniu.

Marion Fit&Fresh wersja z owocem granatu jest przeznaczona do skóry naczynkowej i zmęczonej.
Tę maseczkę testowała moja mama, ponieważ ma dokładnie typ cery opisany na opakowaniu. Tak jak w przypadku poprzedniej dość tłusta konsystencja, która umożliwia nam nałożenie grubej warstwy maseczki. Dobrze się wchłania, lecz po zastosowaniu polecam przemyć twarz letnią wodą, a nie jedynie przetrzeć ją wacikiem. Tak jak w przypadku poprzedniej maseczka ładnie, lekko owocowo pachnie, lecz nie jest to typowy zapach owocu granatu. Po zabiegu skóra jest widocznie napięta oraz odświeżona. Jednak jeśli chodzi o naczynka krwionośne, to nie sądzę, żeby było widoczne jakieś cudowne działanie. Podsumowując, polecam jako domowe SPA, które możecie sobie zafundować niewielkim kosztem.


Tony Moly My Little Pet Eye Patch.
Żelowe płatki pod oczy z uroczą myszką na opakowaniu. Dobrze nawilżają skórę pod oczami. Warto zastosować je po nieprzespanej nocy. Efekt widoczny po zastosowaniu. Skóra wygląda promienniej i bardziej świeżo. 

Maseczka marki Bielenda z serii Carbo Detox. Nawiasem mówiąc, nie wiedziałam, że seria już się tak rozrosła w coraz to nowe produkty pielęgnacyjne. Od teraz możemy dostać olejki pod prysznic, peelingi, a nawet szampony. Jak tylko zobaczę te nowości, nie omieszkam ich zaadoptować, bo maseczka jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Czarną maź dajemy na twarz i trzymamy przez około 10 min, zmywanie jest lekko uciążliwe, ale jak tylko to uczynimy, to nasza cera odpłaci nam za nasz wysiłek. Jestem zachwycona, bo moje zmiany skórne są widocznie wyciszone, cera aż promienieje. Wypróbowałam na razie wersję do cery mieszanej z zieloną glinką, ale już wiem, że koniecznie muszę przetestować jeszcze dwa warianty tych cudeniek. Zapach bardzo przyjemny, działanie zadowalające i niska cena sprawiają, że to produkt, który serdecznie Wam polecam.

Truskawkowa maseczka w płachcie marki Holika Holika.
Maseczka jest zrobiona z bardzo cienkiego materiału, który mocno nasączony jest esencją. Nadmiar produktu spokojnie starcza, by pokryć dodatkowo jednorazowo szyję i dekolt. Ładnie dopasowuje się do twarzy, choć pierwsze wrażenie po otwarciu miałam takie, że przy samym rozkładaniu maseczki ją rozerwę. Jednak niepotrzebnie się martwiłam, bo wszystko przebiegło zgodnie z planem. Dość dużo produktu wchłonęła moja cera. Po zabiegu skóra jest nawilżona i wygląda zdecydowanie lepiej. Jedyne rozczarowanie, jakie przeżyłam to brak truskawkowego zapachu, na który liczyłam. Maseczka prawie nie pachnie. Uznałabym, że ma delikatną, neutralną woń, bo już po chwili zupełnie jej nie czuć.

Różana maseczka w płachcie marki Holika Holika.
Wykonana jak poprzednia. Ta jednak w przeciwieństwie do truskawkowej pięknie pachnie różami.  Z rezultatów jestem też bardziej zadowolona z rezultatów. Z pewnością zakupię ponownie. 

Próbki:
Lioele Water Drop Sleeping Pack
Mizon - peeling cytrynowy
Etude House - Głęboko nawilżający krem do twarzy z kolagenem
The face Shop ryżowy żel do mycia twarzy



Trolls Poppy pianka do mycia o zapachu gumy balonowej. 
Stosowałam ten produkt jak mydło do rąk. Bardzo przyjemnie pachnie, ma lekko fioletowy kolor i dokładnie oczyszcza skórę dłoni. Przyznam szczerze, że jest wydajna, a obok tego designu nie mogłam przejść obojętnie. 

Mydło do rąk Linda z miodem manuka i limonką. 
Uwielbiam tę markę. Możemy znależć ją w Biedronce, a ceny zwykle są bardzo atrakcyjne, bo zapłaciłam za nie około 3 zł. Bardzo ładny, cytrusowy zapach i tak jak w przypadku poprzednich zużytych opakowań i do tej wersji nie mam żadnych zastrzeżeń. Dobrze usuwa brud, jest wydajne, a dzięki obecności miodu manuka również nawilża nasze dłonie. 

Laboratorium Joanna seria prebiotyczna emulsja do higieny intymnej.
Bardzo delikatny, przeznaczony do wrażliwej skóry płyn do higieny intymnej. Ma delikatny, lekko wyczuwalny zapach. Tak jak obiecuje producent. jest ultradelikatny i dobrze usuwa zabrudzenia. Przy codziennym stosowaniu starczył mi na około dwa miesiące, więc co do wydajności też nie mam nic do zarzucenia. 


Zmiękczający krem do stóp z kolagenem morskim od Laboratorium Joanna.
Recenzje wszystkich produktów z tej serii, jakie miałam przyjemność testować, znajdziecie w poście poświęconemu linii sensual. 

Tony Moly Panda's Dream Stick.
Ten produkt został już zrecenzowany na blogu. Moją opinię możecie poznać tutaj: "Recenzja: TONY MOLY Panda's Dream Stick.".

Tony Moly - Magic Food Banana Hand Milk.
Krem do rąk również szczegółowiej opisywałam w osobnym poście: "Recenzja: Tony Moly - Magic Food Banana Hand Milk.". Obecnie zużywam drugie opakowanie.


Żel pod prysznic Balea - Mashmallow. 
Do zakupu skusiło mnie opakowanie. Tym razem niestety nie był to trafny wybór w moim przypadku, ponieważ nie jestem fanką słodkich nut zapachowych. Nieco mdły aromat jednak nie pozostawał długo na skórze. Zdecydowanie nie zakupię ponownie. Markę Balea jednak uwielbiam i z pewnością będę nadal sięgać po jej produkty, ponieważ są wydajne, mają ciekawe opakowania, a do tego owocowe zapachy są obłędne. Zwrócę jednak uwagę na preferowane przeze mnie zapachy.

Yves Rocher energizujący żel peelingujacy pod prysznic mango & kolendra.
Ten produkt mnie zawiódł. Mimo że zapach był cudowny, orzeźwiający i naprawdę trafiał w moje gusta. To wydajność pozostawiła wiele do życzenia. Po dwóch tygodniach codziennego stosowania opakowanie świeciło już pustkami. Nieco zbyt rzadka konsystencja skutecznie sprawiła, że nie sięgnę po niego ponownie. Delikatnie złuszczał naskórek, ale to i tak marna rekompensata. Może firma powinna pomyśleć nad nieco udoskonaleniem formuły.


Mgiełka do ciała o zapachu melonowym.
Zakupiona w Hebe za około 9 zł. Spisała się świetnie. Bardzo przyjemny, melonowy zapach, który długo utrzymywał się na skórze. Wydajność bardzo dobra, bo starczyła na około 3 miesiące ciągłego stosowania. Bardzo dobry produkt z kategorii "do torebki", gdy potrzebujemy szybkiego odświeżenia.

Bielenda - Multifazowy olejek do ciała namiętne nawilżenie.
Dokonałam tego. W końcu udało mi się zużyć olejek. Moja szczera recenzja dostępna w osobnym poście: "Bielenda - Multifazowy olejek do ciała namiętne nawilżenie".
Copyright © Lifestyle by Ladyflower , Blogger